Nordic Walking

Tak to jest właśnie. Człowiek myśli, że już dawno wstawił artykuł, a tu się okazuje, że ten leży zaniedbany i czeka na swoją kolej. Eeeech… No nic. Przejdźmy do tematu ;).

Historia
Otóż nordic walking pochodzi z Finlandii z lat 20. XX wieku. Był początkowo formą całorocznego treningu dla narciarzy biegowych. Po fińsku nazywa się sauvakävely. To taka ciekawostka xD. Oczywiście do takiego treningu używano po prostu kijków narciarskich. Raczej nic zaskakującego. W końcu jednak okazało się, że taki trening sporo daje, więc figuruje dzisiaj jako jeden z rodzajów aktywności fizycznej. To co? Gotowi na podróż z kijkami? 😉

Co trenuje nordic walking?
Dobra, ja wiem, nie raz słyszałam, że to bez sensu, przecież przejść się zawsze można, a to tylko dodatkowe tachanie jakichś badyli. No i tu już można się przyczepić :D. Dlaczego? Bo kto, mówiąc coś takiego, faktycznie zacznie wychodzić na marszowe spacery? No właśnie. A patrząc od strony technicznej, taki trening wygląda całkiem zadowalająco.

Do nordic walkingu wykorzystujemy więcej partii mięśni niż do zwykłego marszu, jednak z nieco mniejszą intensywnością. To jednak prowadzi do większego wzmocnienia tychże mięśni. Przede wszystkich angażowane są ramiona, pracuje triceps i biceps, a także mięśnie przedramion i klatki piersiowej. Ponadto leci nam więcej kalorii. Zróbmy sobie takie porównanie między nordic walkingiem a zwykłym marszem: mięśnie wzmacniają się wolniej, ale w większej ilości w nordiku, natomiast spalanie idzie szybciej, w marszu mięśnie wzmacniają się wolniej, jednak ograniczona ich ilość, a spalanie jest mozolniejsze.

Nasuwa mi się jedna myśl. Czy nie lepszym sposobem jest marsz z obciążeniem w rękach? Ano tak, o ile komuś zależy na spalaniu i wzmacnianiu wielu partii mięśni. Pod tym względem jest to najkorzystniejsza opcja. Jednak pojawia się małe „ale” – kręgosłup. Nie można narzucić sobie od razu zbyt dużego obciążenia, należy zaczynać od samego marszu bez dodatkowych kilogramów. Jeśli komuś się to opłaca, świetnie! Ale proszę, pamiętajcie o swoim zdrowiu, bo tej formy zdecydowanie nie polecam tym, którzy mają problemy z kręgosłupem.

Dla kogo?
Dla osób starszych, które chcą wzmocnić swoje stawy, poprawić kondycję, być w bezpieczny sposób aktywnym. Również jest to polecane dla osób początkujących, z problemami ze stawami, kręgosłupem etc. ALE! Nie bierzcie tego tak do siebie, bo przecież nordic walking jest przede wszystkim dla tych, którzy chcą aktywnie spędzać czas na świeżym powietrzu! Dla tych, którzy, pragną się wyciszyć, potrzebują ruchu, ale nie chcą wypacać się na matach w hektolitrach. Dla kogo więc? Dla wszystkich, którzy powinni, chcą, mają ochotę czy są tego ciekawi ;).

Technika
Na powyższym obrazku wszystko jest dokładnie opisane. Bardzo ważna jest długość kijków! Nie zapominajmy o tym. A tak to nic dodać, nic ująć. Szczerze powiedziawszy, nie wiem, skąd ta cudna grafika, podejrzewam, że z odmętów Internetu, podobnie jak ta pierwsza, a obie używane po tylekroć, że ciężko znaleźć autora (żeby nie było, że nie pamiętam o prawach autorskich xD). Tak czy siak, prosty schemat, który pokazuje wszystko, co trzeba o tym treningu wiedzieć.

To co, ktoś chętny? 🙂 Widzimy się na kijkach! ;P

W oczach innych…

Miał być artykuł o czymś zupełnie innym, ale bywa i tak, że życie pisze lepszy plan kolejnego wpisu ;). W tej sprawie dłużej milczeć się nie da. Dlaczego? Już tłumaczę.

Takie modne bycie fit
Wiedziemy sobie spokojne życie, trenujemy przynajmniej 3 razy w tygodniu, staramy się dobrze odżywiać. Ludzie nas podziwiają. Mówią „Wow! Ale świetnie wyglądasz, też tak chcę”. Pod instagramowymi zdjęciami tyłka czy brzucha rośnie liczba serduszek. Niektórzy wolą hejtować, zamieszczając komentarze w stylu „chyba kasa ci z nieba spada, w głowie pusto, a cały dzień tylko zdjęcia i treningi. Nie masz chyba co z czasem robić. Niektórzy ciężko harują i nie mają czasu na takie bzdety”. Myślimy wtedy „ale jakoś na komentarz i scrollowanie w smartfonie jest czas”. Ćwiczenia wzmagają wydzielanie się w naszych organizmach dopaminy, więc też jesteśmy szczęśliwsi, bardziej optymistyczni…
…ale czy ktoś w ogóle wie, jak wygląda prawdziwe życie osoby, która trenuje, ale zachowuje umiar?

Małe pokusy życia codziennego
Dobra, jasne. Raczej nie sięgamy po batony, nie szukamy niezdrowych przekąsek. Jednak zdarza nam się wyjść na miasto z kumpelą, na randkę z ukochanym, pójść na czyjeś urodziny et cetera. Zdarza się więc również zjeść ciasto, pizzę czy lody. Nie mówię, że każdy z nas, ale że niektórzy, ci najbardziej „umiarkowani”. Temat niewygodny dla tych, co chcą błyszczeć w świetle tak zwanej „czystej michy” i zatuszować swoje grzeszki (o ile je popełniają). Co się jeszcze zdarza? A no tak, brak treningu. Szok, co? Tak, tak. Czasem ma się zwyczajnie dość, jest się naprawdę okropnie zmęczonym po pracy, studiach, zajmowaniu się domem, dzieckiem czy cokolwiek. Czasem jest się przeziębionym lub chorym. Czy to wszystko skreśla nas z listy bycia fit? Chyba nie bardzo. Zwyczajnie, jak wielu osobom w różnych dziedzinach, bywa, że się po prostu nie da. I tyle. To źle? Nie, to zrozumiałe, bo przecież kiedy możemy, wracamy do naszego zdrowego stylu życia.

W oczach innych
No i tu się dzieją cuda niewidy. W Internecie możemy sobie błyszczeć, być chwalonymi, być gwiazdami. Czerwone dywany same się rozwijają. Ale okazuje się, że w bliższych relacjach niekoniecznie tak bywa. Cenimy sobie szczerość, fajnie. Tylko że… co o tym wszystkim sądzić, kiedy stajemy między młotem a kowadłem? Już tłumaczę, o co chodzi. Jeden przyjaciel na zdjęcie z owocami zareaguje ukrytym hejtem „o jeny, ty serio jesteś taka fit, to jest nienormalne, ludzie tak nie robią”, drugi przyjaciel natomiast na informację o zjedzonym ciastku zrobi krzywą minę i oskarży o to, że w ogóle nie dbasz o swoją dietę, a mógłbyś wyglądać lepiej. I co wówczas myśleć? W oczach jednego jestem w takim razie szczupłym fit freakiem, w oczach drugiego wyglądam okej, ale nie wystarczająco. Robi się przykro? No raczej.

Samoakceptacja strzaskana?
Na szczęście mamy wytrenowane poślady i upadek tak nie boli (zazwyczaj). Obie osoby są dla nas bardzo ważne i ich opinia jest dość kluczowa. Nie ma co mówić o tym, że trzeba zbudować własną dobrą opinię o sobie i tego się trzymać, widzieć w lustrze tę osobę, którą sami jesteśmy – wartościową i piękną zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Po prostu czasem trzeba załamać ręce, żeby samemu do tego dojść, żeby własnymi małymi krokami spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć „i komu ja chcę coś udowodnić: sobie czy innym?”. Niby odpowiedź jest taka prosta, niby tak łatwo jest walczyć tylko dla siebie, ale gdy znów przychodzi taka sama sytuacja, przecież okazuje się, że osoby, które nam to mówią, są tak ważne… I znów dylemat, i znów ostre zderzenie z szybą. Konflikt między zbyt idealny a niewystarczająco idealny. Jasne, niektórzy chętnie pomyślą „z takimi ludźmi po prostu trzeba zerwać kontakt, nie są nas warci”. Ale to tak nie wygląda. Te osoby w każdym innym aspekcie nas wspierają i budują, zawsze są obok i są najlepsze na świecie. Serio tak bywa. Tylko ta jedna jedyna rzecz…

Kołcz radzi:
zostań sobą. Nie no, serio. Czasem trzeba wytłumaczyć tym osobom, co same na ten temat uważacie. A może niekiedy rozważyć to, co one mówią? Sprawdzić się w obu zarzuconych „skrajnościach”? Może któreś z nich ma rację? Może mówi to z troski? Tu nie ma jednego rozwiązania. Każda sytuacja jest inna. Ale dlaczego w ogóle o tym mówię? A dlatego, ponieważ mnie też to spotyka. Czasem machnie się ręką, a czasem to pali do żywego.
Powiem zupełnie szczerze – przy 163 centymetrach wzrostu mam wymiary 91-59-92. Nie czuję się z tym źle, wszystko jest cacy. Jasne, zdaję sobie sprawę z tego, że niektóre rzeczy mogłabym dopracować i wcale się nie poddaję, nie osiadam na laurach. Ciągnę te treningi, staram się trzymać też w miarę zbilansowaną dietę, jednak nie odmówię sobie raz na jakiś czas drobnego grzeszku. Dlaczego? Bo uważam, że nie trzeba być ortoreksyjnym w swoim dążeniu do celu (oczywiście nie mówię, że jeśli ktoś w ogóle wyzbywa się tych „grzeszków”, robi źle, absolutnie nie! Podziwiam i szanuję!). Nie trzeba wyglądać jak dana fit osoba z ig, jeśli się tego nie chce. Czasem można po prostu być sobą, coraz lepszą wersją siebie, na swój własny sposób.
Wszystko z umiarem, moje Fitnesiaki 😉
A dla tych, co lubią w ten sposób delikatnie hejtować – więcej wyrozumiałości! Nie każdy „fit-człowiek” jest taki sam.

Wasza SM ;*

Być sobą, być kimś – pewność siebie, kompleksy i własne ego

Sesja trwająca w praktyce niemal dwa miesiące, nauka, studia… tak, takie mam wytłumaczenie na brak artykułów przez trzy miesiące. 😐 A tak zanim przejdę do tematu, serdecznie wszystkim polecam film „The Greatest Showman”, bo jest absolutnie zachwycający! Przez ostatni czas miałam sporo różnych przemyśleń, rozmów z wieloma ludźmi. Pomyślałam, że podzielę się nimi z Wami, że chyba warto.

Szare okulary
Wiele razy słyszę, że nie rozumiem sytuacji drugiej osoby. „Ty tego i tak nie zrozumiesz, bo dla ciebie świat jest cały różowy”. No, jest, ale jakoś musiałam znaleźć odpowiedni rozmiar różowych okularów. Chcę przez to powiedzieć, że mnóstwo osób widzi tylko koniec własnego nosa, dzieląc świat na siebie i resztę. Każdy ma swoje problemy i wymaga zrozumienia, ale jednocześnie rzuca takie słowa: „nie zrozumiesz mnie, bo nie przechodziłeś tego samego”. Skoro uważa się siebie za jedynego posiadacza problemu, czy powinno się szukać osoby, która zrozumie go podług wyżej wymienionej myśli? To się chyba wyklucza, nie?

Ja wiem, brzmi to jak bulwers. Ale przyjrzyjmy się tematowi z bliska. Znacie kogoś, kto by powiedział, że nie ma żadnego kompleksu? Takich osób jest naprawdę niewiele. Wyrastamy w jakichś konkretnych normach społecznych, czujemy narzucane tempo, modę, wymogi dotyczące zachowania i wyglądu. I w niejednym człowieku rodzi się bunt. „Hej! To jest szaleństwo! Chcę być po prostu sobą, okej?”. A kto powiedział, że nie możesz?

No, sumienie tak powiedziało. Kompleksy tak powiedziały. Brak samoakceptacji i pewności siebie. A co z tym zrobić? Co, jeśli nie chcę wpasowywać się w schematy, ale wkurza mnie, że mimo wszystko się nie wpasowuję? Dysonans czy co? Pójdźmy tym tropem. Ileż jest osób, które chcą wyglądać jakoś, ale z różnych powodów to im nie wychodzi. Najłatwiej jest wtedy się poddać, zracjonalizować to na zasadzie „a, taka już jestem i co z tego” albo właśnie się zbuntować „nie będę wchodzić w te schematy, bo chcę być sobą! I będę o tym głośno mówić, choć tak naprawdę chciałabym się wpasować”.

Kogo (p)oszukujemy?
Dążymy do akceptacji w społeczeństwie, chcemy należeć do grup. To absolutnie normalne. Mówiłam o schematach, więc przytoczmy sobie schemat „idealnej” kobiety ostatnich lat. Szczupła, długie włosy, cycki, tyłek, talia osy, długie nogi, lekko umięśniona sylwetka. Wiele kobiet zatrzyma się już przy pierwszej cesze. SZCZUPŁA. Dlaczego to nas tak kłuje?

Z psychologicznej, biologicznej strony wygląda to następująco. Mężczyźni najczęściej nieświadomie szukają kobiet, które będą zdolne powielić ich doskonałe geny (nie zakłócając ich doskonałości), a także kojarzą się z luksusem i zdrowiem. Dawniej o zdrowiu niewiasty świadczyła pulchność, tak samo jak o luksusie wyraźny stopień „najedzenia”. Dzisiaj tego samego rodzaju luksusem i jednocześnie oznaką zdrowia jest bycie wysportowanym (posiadanie pieniędzy i czasu na dbanie o sylwetkę), a także wyraźnie wypielęgnowana twarz, dłonie etc. Nic dziwnego, że dziewczyny z doskonałą figurą, zadbane i po różnych zabiegach kosmetycznych będą tutaj na celowniku.

Partnerzy dobierają się również na równym poziomie własnej atrakcyjności. O co tu chodzi? Zróbmy taką okrutną i niemoralną skalę od 1 do 5, oceniającą poziom atrakcyjności. Dajmy na to, że facet jest czwórką. Będzie wówczas szukać czwórki jako partnerki/partnera. Przy piątce może czuć się zagrożony, niepewny, ze zostawi go dla równego sobie. Oczywiście to działa w obie strony. Ale co, jeśli taki facet na poziomie 4 ma zaniżoną samoakceptację i nie jest pewny siebie? Nie będzie celować w czwórki, ale niżej, żeby mógł czuć się pewnie w danym związku. A jeśli jest tak pewny swojej niesamowitości, że ocenia się na 5? Szerokiej drogi, powodzenia w życiu i piona, stary! Bez cienia sarkazmu. Z większą pewnością siebie zawsze jest łatwiej ;).

Szczupła czyli perfekcyjna
Niby nikt nie mówi „weź schudnij”, niby nic się nie dzieje, a jednak dziwne uczucie takiego wymogu siedzi z tyłu głowy. A może to nie tylko wina ogólnego modelu aktualnego piękna? Może sami też jesteśmy sobie winni? Niedawno wszedł do kin bardzo luźny film „Jestem taka piękna”. Nie powiem, nie był zachwycający, ale pokazywał jednak coś, co jest chyba dość ważne. Czasem trzeba się mocno rąbnąć w łeb, żeby siebie docenić. W skrócie i bez zbytnich spojlerów – filmowa Renee ma spore kompleksy z powodu swojego wyglądu. Ma nie takie włosy, nie taką twarz, nie taki rozmiar… odstaje od modelek, które pracują tam, gdzie sięgają jej największe marzenia. Przeżywa (nie)szczęśliwy upadek i nagle widzi siebie w zupełnie inny sposób. Jest piękna! Uważa się za idealną, bez kompleksów. Zdobywa mężczyznę, dostaje się do wymarzonej pracy, emanuje pewnością siebie. No dobra, będzie spojler. Wszystko się kończy w pewnym momencie. Jej postrzeganie wraca do poprzedniego stanu i dopiero na zdjęciach zauważa, że przecież przez cały czas wyglądała tak samo. Więc co się w zasadzie stało? Odważyła się, doceniła siebie i zdobyła pewność.

Brzmi banalnie, co? Ale poniekąd tak to jest. Uwaga, powiem to tutaj zarówno jako psycholog, jak i trener – NIE MUSISZ BYĆ SZCZUPŁA! Szok. Jak to nie muszę? Ano tak. Po prostu. Dużo więcej daje pewność siebie, samoakceptacja. Ja wiem, czasem ciężko zaakceptować to, czym różnimy się od innych. Czasem trudno jest mieć na to wszystko wylane. Powiem Ci tak – rób tak, żeby CZUĆ SIĘ piękną. Żeby czuć się dobrze. Powiesz: „Ale chwila, chwila. A jak chcę kogoś poderwać? Jeśli tego mi w życiu brakuje, a napisałaś, że szczupłe mają większą szansę?”. Przyjrzyj się lepiej temu, co napisałam wyżej. Szukając partnerów, nie będziemy czuć się zupełnie komfortowo przy kimś, kogo oceniamy lepiej niż siebie. Prędzej czy później przyjdą wątpliwości, podejrzenia… chyba że to ta osoba spowoduje, że bardziej docenimy siebie. Hej! Nie tylko „piątki” z naszej skali są w związkach! A poza tym, wracając znów do doboru partnera, wiele zależy od tego, jak sami się oceniamy. Od pewności siebie, od tego, co pokazujemy swoją osobą.

No to co? Zgodzisz się chyba, że nie musisz walczyć o bycie szczupłą, jeśli to nie jest Twój cel. Walcz o to, by być najlepszą wersją siebie.

Ale chwila… czyli kim?

BYĆ KIMŚ
Co to właściwie znaczy. Słyszy się to przez całe życie. Każdy chce „być kimś”. Czyli… kim? Drugą Beyoncé, Ewą Chodakowską, Johnnym Deppem? Rekinem biznesu, gwiazdą z okładki, znaną trenerką? Idąc tym tropem, będziesz nikim, jeśli będziesz chciał(a) osiągnąć coś na siłę. A gdzie pasja? Gdzie realizacja własnych zainteresowań?

Każdy z nas musi przejść własną drogę, by dojść do jakiegoś celu. I każda z tych dróg kształtuje człowieka, daje mu kolejne cechy, kolejne role. Czy więc na koniec możemy być kimkolwiek innym, jak po prostu sobą? Czy to nie jest to „bycie kimś”, po prostu byciem sobą? Postać, którą tworzymy przez całe życie, będzie kiedyś kimś. Będzie tą osobą, którą spotkamy na końcu.

Żeby być kimś, musisz być sobą. Po prostu. Idź za marzeniami, choć może być to czasem ryzykowne. Odwagi! Sama muszę to sobie powtarzać nawet kilka razy dziennie. Realizacja celów czasem jest cholernie trudna, trzeba wychodzić poza swoje ograniczenia, stawać twarzą w twarz z nowymi wyzwaniami. I znów – nie jesteś w tym sam(a). Hej, mam to samo! To samo ma każda osoba, która chce cokolwiek osiągnąć! Widzisz? To tak, jak z tymi kompleksami. W naszej epoce ego zapominamy o tym, że ludzie wokół nas mogą mieć bardzo podobne zmartwienia i im też należy się uwaga i zrozumienie. Każdy z nas chce być kimś, pamiętaj o tym.

Dlaczego o tym w ogóle mówię?
Widzisz, wszyscy wokół na coś narzekają. Normalna rzecz. Ale chodzi mi o ich głębokie kompleksy. I obserwuję, jak osoba, której głównym problemem na tym podłożu jest na przykład mały biust, użala się nad tym, mówiąc osobie, która załóżmy ma tak samo mocny kompleks z powodu swojej wagi, „nie rozumiesz, co czuję, nie masz tego, co ja. Ty jesteś piękna, nie masz na co narzekać”. Sorry, ale mi to brzmi na hipokryzję. Obie osoby uważają się nawzajem za piękne, bo nie dostrzegają w tej drugiej własnego kompleksu. Dziwne? Wcale nie. Codzienne, normalne i powodujące kłótnie oraz brak zrozumienia.

Wracając do początku, mówią mi, że noszę różowe okulary. Owszem. I wiesz co? Mam coś w rodzaju fotoalergii czy czegoś tam. Jak tylko zaczyna się sezon na szorty, moje nogi są pokryte ranami, plamami i pęcherzykami. Ja wiem, fuj, ble, okropność, jak mogę o tym pisać. Często noszę długie spódnice ze względu na słońce właśnie, ale też na innych ludzi, którzy mogą nie chcieć tego oglądać. Ale czy zawsze jestem tak myśląca o reakcjach innych? Nie. Mam wylane. Taka jestem i trudno, może uda mi się to jakoś wyleczyć, tę alergię. Tymczasem nie boję się włożyć szortów czy krótkich sukienek. Bo jestem pewna siebie i nie będę uznawać czegoś takiego za kompleks.

Blogilates ostatnio wstawiła na IG zdjęcie w krótkim topie i zaznaczyła w opisie, że to dla niej duży przełom, bo nigdy nie pokazuje górnej części brzucha, bo dziwnie się z tym czuje. Brawa dla niej! Przełamuje się, zwalcza brak akceptacji dla swojego ciała. Ja też nie jestem idealna. Często odpuszczam sobie wstawianie gdziekolwiek zdjęć, które będą pokazywać mój brzuch czy uda. Bo cały czas nie są takie, jakie chcę, żeby były. Ale może to tylko moja opinia? Może nie powinnam się tego tak obawiać?

Siedzimy w tym razem. Odrzućmy te głupie kompleksy, zauważajmy problemy innych, nie zamykajmy się na czubku własnego nosa. To wydaje mi się ważne, mam nadzieję, że Wam również.

Bądźmy sobą. Bądźmy kimś.

Tego Wam i sobie życzę,

S.M.

Zapraszam również do poczytania o SAMOAKCEPTACJI, KOMPLEKSACH, ATRAKCYJNOŚCI i SUKCESIE.

Batony, batoniki

No hejka, Fitnesiaki! 🙂 Jak obiecywałam na Instagramie, wstawiam wreszcie porównanie kultowych niemal fit-batonów. Listę – w miarę możliwości, pamięci i innych takich – będę uzupełniać, więc jeśli macie własne propozycje zdrowych batonów, podsyłajcie, ja je ze smakiem przetestuję i dodam do naszego zbioru ;P.

Zacznijmy od tego, że taki fit-baton to dobra przekąska, którą można zabrać ze sobą do pracy, szkoły, na uczelnię, wycieczkę czy wypad na zakupy. Część z nich zapewnia uczucie nasycenia, część zaspokaja jedynie kubki smakowe, inne traktowane są jako pożywienie po lub przed treningiem. Albo między treningami… Co kto woli. Wybór na rynku jest coraz większy, a też można zrobić je samemu, co wcale nie zajmuje dużo czasu ;). Przepisy na batony wstawię niebawem, natomiast tutaj zapraszam na artykuł o tych, które możemy zdobyć w sklepach.

Foods by Ann
…czyli batony Anny Lewandowskiej. To 8 smaków w wersji kieszonkowej i 3 w większym wydaniu. Na zdjęciu widać mój ulubiony smak, czyli właśnie jabłko & cynamon. Skład takiego batonika to: daktyle, suszone jabłko, orzechy nerkowca, orzechy brazylijskie i cynamon. Mamy jednak do wyboru jeszcze: marchew & pomarańcza, kokos & banan, truskawka & burak, kokos & kakao, kakao & malina, banan & kakao, jabłko & baobab; z dużych natomiast dostępne są: goji & żurawina, maca & kakao, dynia & matcha. Na stronie foodsbyann.com możemy zobaczyć, że miniaturki kosztują 3,89 zł, a większe wersje 5,99 zł. Ceny w różnych sklepach są zbliżone (choć mam wrażenie, że ostatnio w Relay kupowałam drożej). Dostępność jest taka, że… w niewielu miejscach je widzę :(. Są cudowne i chciałabym móc je kupić w sklepach, które mam po drodze, jednak sytuacja ma się nieco inaczej. Zawsze widzę je właśnie w Relay, zdarzyły się też w Żabce i Lidlu, ale chyba jako oferta specjalna. Dostępne są również na niektórych stacjach paliwowych (Shell?) i… cóż. Chcemy więcej! xD

Oczywiście do składu nie mam żadnych zastrzeżeń, bardzo podoba mi się inicjatywa Ani Lewandowskiej i muszę przyznać, że zaraz po tym, jak batony zostały wprowadzone na rynek, musiałam je wypróbować ;P. Jak już mówiłam, najbardziej lubię jabłko & cynamon, a na drugim miejscu stawiam kakao & malinę. Bardzo mi smakują, choć chciałabym, żeby były nieco większe. Może to dlatego, że są tak dobre xD. Zdecydowanie polecam jako szybką przekąskę na mały głód :).

Be Raw
…czyli batony Ewy Chodakowskiej. Czy tylko ja odnoszę takie wrażenie, czy obie panie myślą, że jak coś ma angielską nazwę, to wygląda lepiej? No nic. Taka wolna myśl (jestem zwolenniczką polskich nazw). W kolekcji batonów Be Raw mamy cztery smaki i pozwólcie, że przedstawię je od najsmaczniejszego (wg mnie) do… smacznego, ale ostatniego xD Będą więc tak: żółty (orzechowy), niebieski (proteinowy), różowy (buraczany) i biały (kokosowy). Moja przygoda z nimi zaczęła się od tego proteinowego, który uratował mnie w wieczór, gdy obchodziłam swoje urodziny, a z przejęcia zapomniałam czegokolwiek wcześniej zjeść. Serio można się nim całkiem najeść ;). Jest największy, a jego skład wygląda tak: koncentrat białka serwatki 36%, daktyle, gorzka czekolada 14% (miazga kakaowa 86%, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna rzepakowa, wanilia), śliwki 10%, surowe kakao 7%, wiórki kokosowe 3,3%, proteinowe płatki 3% (koncentrat białka serwatki, skrobia z tapioki), nasiona chia (salvia hispanica) 1,7%. Ten proteinowy jest wielkości dużych batonów Lewej, a reszta obiętościowo o 5 g większa niż batony kieszonkowe. Czyli wszystko podobnie. A jak z ceną? Proteinowy kosztuje 6,99 zł, a pozostałe trzy są po 4,99 zł. Dostaniemy je w Rossmannie, ale czy jeszcze gdzieś poza stroną bebio.pl? Nie wiem.

Moja opinia jest taka, że te żółty i niebieski są nieco bardziej wyraziste w smaku, może dlatego są lepsze. Mają fajną konsystencję (nie polecam w ogóle takich fit-batonów osobom z aparatem ortodontycznym!) i są naprawdę pyszną przekąską, która na pewno wywoła uśmiech :). Tutaj również nie mam co się czepiać składu i naprawdę je polecam :D.

Dobra Kaloria
Tutaj zabrakło nam trenera do promowania, ale jeśli marka jest zainteresowana, to jestem chętna xD. Objętościowo identyczne jak te z Foods by Ann, smaki w sumie… aż tak daleko nie odbiegają ;). Mamy tutaj: chrupiący orzech, jabłko & cynamon, kakao & orzech, kawa & orzech, kokos & orzech, śliwka & ziarna. Przykładowo skład pomarańczowego kakao & orzecha to: daktyle, chrupki zbożowe (mąka kukurydziana, mąka ryżowa), orzechy nerkowca (15%), kakao (1,9%). Cena za jeden taki batonik mieści się w przedziale od 2 do 3 złotych, a dostępne są w Lidlu, Rossmannie i zdaje się, że w wielu innych miejscach ;).

Oczywiście skład perfecto, nic dodać, nic ująć. Smak rewelacyjny, a sama najchętniej sięgam po chrupiący orzech, orzech & kakao oraz kawę & orzech. Tak, tak, lubię orzechy ;P. Batoniki niczym nie odstają od batonów Lewej i Chody, tylko… no właśnie. Nie mają tak znanej osobistości, która by je promowała xD. Czy więc są gorsze? Ani trochę. I jeśli macie wybór między tamtymi a tym, zdecydowanie bierzcie Dobrą Kalorię – portfel będzie zadowolony, a smak niezwykle podobny albo nawet ten sam. No chyba że macie swój ulubiony, konkretny… to się nie wtrącam ;). Tak czy siak, sama naprawdę chętnie po nie sięgam i zdecydowanie polecam!

https://img.grouponcdn.com/stores/31hpeHGxZvPbMLwyTo7SrBJQFQjF/storespi1184011-1040x640/v1/c700x420.jpg
Fig Bar
No i tu mamy baton z USA, w przeciwieństwie do poprzednich polskich produktów. Fig Bar ma wiele różnych smaków, choć sama do tej pory spotkałam się tylko z jagodowym, malinowym i figowym. No i figowy zdecydowanie stawiam na pierwszym miejscu. Jak wygląda jego skład? Błonnik owsiany, fosforany sodu (E339), fosforany wapnia (E341), karmel (E150), kwas cytrynowy (E330), mąka pszenna razowa z pełnego przemiału, olej rzepakowy, pasta figowa, płatki owsiane, sól morska, suszony syrop trzcinowy, syrop z brązowego ryżu, wodorowęglan sodu (E500). Gorzej niż poprzednie? Tylko minimalnie. Jest zdecydowanie słodszy niż wcześniejsze propozycje i bardziej sycący (ach, te figi!). Naprawdę da się nim najeść i nie popsuje nam zdrowej diety :D. Cena rozciąga się między 2 a 3 zł, dostępny jest natomiast w Rossmannie, Hebe, Żabce, Freshmarkecie… i pewnie innych miejscach.

Muszę przyznać, że jest naprawdę smaczny i sama lubię go przekąsić :). Jak pewnie zdążyliście zauważyć, ma większą zawartość cukru niż poprzednie batony. Dlatego lepszy jest na poranne godziny, momenty stresu, wymagające skupienia czy też przed porządnym treningiem. Zdecydowanie na tak! 😀

 

Na dziś to koniec mojej listy, jednak – jak wspominałam – będę dodawać kolejne produkty, jeśli jakieś ciekawe dostrzegę ;).
Spytacie, co z Ba!, Go On!, proteinowym Snicersem czy innymi… Cóż. Większość z nich zawiera syrop glukozowo-fruktozowy i, co gorsza, tłuszcz palmowy. Czyli najgorszy cukier i tłuszcze trans w jednym. Tego wolimy unikać. Nie uznaję ich za FITbatony, a jedynie za imitację. Tyle w temacie ;*.

 


obrazek nr 1: http://czarnawisienka.blogspot.com 😉 Polecam stamtąd przepis na takie pychotki!

Co Chodakowska ma wspólnego z kolanami?

O Chodakowskiej chyba już wszyscy słyszeli. Jeśli ktoś z nią trenował lub sprawdzał opinie, dobrze wie, że jej treningi okryte są wielką krytyką, szczególnie tą dotyczącą KOLAN. No i tutaj rodzi się pytanie: „Dlaczego kolana, a nie na przykład kręgosłup?”. No bo przecież wiadomo, że chodzi o kontuzje po ćwiczeniach. Na YT można znaleźć kilka filmików, które jadą po Ewie, nie zostawiając ani jednego argumentu ZA jej treningami. O co więc chodzi i czy programy Chody naprawdę są takie złe?

Co przedstawiają krytycy?
W zasadzie niedawno zabrałam się do obejrzenia kilku bardziej „fachowych” opinii na temat treningów Ewy Chodakowskiej. U jednego pana nasłuchałam się o niepoprawnej terminologii używanej przez trenerkę. No cóż… Nie wiem, czy temu panu o to chodziło, ale jakoś wydaje mi się, że większość osób lepiej zrozumie hasło „zegnij łokieć” niż „zegnij w płaszczyźnie strzałkowej”. Ale mniejsza z tym. Natomiast u innej trenerki personalnej  krytyka ćwiczeń na macie w domu sprowadziła się do niezwykle ogólnego i adekwatnego tytułu „Chodakowska zrobi ci krzywdę”. Czy jakoś tak. Trochę clickbait.

Co natomiast mówią inni trenerzy? Słyszałam o reakcjach: „Trenowałaś z Chodakowską i nie bolą cię kolana?” lub „Kolejna od Chodakowskiej… Lepiej zostaw to g”. Oczywiście z całym szacunkiem do tych trenerów, którzy tak nie mówią i szanują Ewkę – nie mówię o Was (nas) ;).

Krytyka najczęściej sprowadza się do braku profesjonalizmu (bez tłumaczenia, gdzie go brak), zerowej wiedzy, niepoprawnie wykonywanych ćwiczeń i – tu uwaga – nadwyrężaniu stawów. Szczególnie kolanowych.

Co jest na rzeczy?
Bez owijania w bawełnę (Wy też tego nie lubicie, czy tylko ja dostaję nerwicy, jak czytam artykuł, w którym odpowiedź na temat jest dopiero po wielkiej powieści wprowadzającej?) – na rzeczy są stare treningi Ewy. Pierwszym programem, o którym usłyszała cała Polska, był Skalpel. Nie trudno jest dostrzec różnice między nim a najnowszymi treningami, prowadzonymi z werwą i pełnym zestawem ważnych wskazówek. Co jest więc nie tak ze Skalpelem? Ewa nie mówi tam zbyt wiele o poprawności wykonywania ćwiczeń. Coś tam wspomina o kręgosłupie, coś podpowiada o świadomych ruchach, ale gdzieś to zostaje w tyle… i zdecydowanie za kolanami. Bo o kolanach to tam za bardzo nie ma. A kolana są ważne ;P.

Jak Ewa nie powie, to wszystko się wali
Prawda jest taka, że taki sobie zwykły przysiad niewiele osób potrafi wykonać w pełni poprawnie. Często wychodzi z tego półprzysiad lub kucanie, a to drugie to już zło wcielone. Kiedy nikt nie powie takiej początkującej osobie, że jak robi przysiad, to tak jakby miała usiąść na krześle i kolana nie mają wychodzić poza linię palców u stóp, to te osoby zrobią źle. Wiele razy. Może nawet z obciążeniem. I wyjdzie z tego kontuzja. Bo tak to się właśnie dzieje, kiedy ćwiczenie nie jest wykonywane poprawnie. Jak nie ma rozgrzewki i kolana nie są przygotowane do treningu, a na co dzień za bardzo się nie ruszają, bo siedzą ze swoim właścicielem przy biurku, to też nie ma co liczyć na zdrowe stawy po treningach.

No i tutaj muszę przyznać, że Chodzie trochę się zapomniało o takich przypomnieniach w pierwszych programach, ale dzisiaj niczego nie można jej odmówić. Treningi nagrywane obecnie są dużo lepsze i to się chwali. Tutaj wielki szacun dla Ewki, tym razem nie tylko za to, że „ruszyła poślady” wielu kobiet, ale również za to, że nie osiada w jednym punkcie i nigdy nie mówi sobie „dość”. To kobieta, która działa, wciąż się rozwija i wkłada mnóstwo energii w swoją pracę. Jest co podziwiać :).

Jeśli to w ogóle uznać za jakikolwiek argument, musimy pamiętać, że Choda była tak naprawdę pierwszą w Polsce trenerką, która zaciągnęła kobiety na maty, więc to ona budowała nowe ścieżki w tej dziedzinie w języku polskim. Nic dziwnego, że pierwsze programy nie były w stu procentach poprawne pod każdy względem.

Jakie są więc te treningi i czy warto po nie sięgać?
Jeśli chcemy sięgnąć po starsze programy Ewy, musimy zadbać sami o odpowiednią technikę wykonywania ćwiczeń. Dobrze jest więc zaczynać od nowszych programów albo tych z innymi trenerami, żeby zapoznać się z poprawnością robienia wszystkich ruchów.
Treningi Chodakowskiej są rewelacyjnie złożone i dobrze przemyślane, nie ma co tutaj odejmować. Jeśli o technikę chodzi, najlepszy jest u niej pilates, czyli Secret.

Spiesząc z odpowiedzią, czy warto – TAK, WARTO! Trzeba pamiętać o odpowiedniej diecie etc., etc… Ale to jak wszędzie. Bo tak naprawdę inny trener, na przykład z BeFit lub GymRa, może mieć niemal identyczne treningi jak Ewa i tego już nikt nie skrytykuje. Więc cała ta jazda jest zupełnie niepotrzebna ;).

ANALIZA PROGRAMU
Żeby nie być gołosłownym, pogadać, popisać, skrytykować, obronić i sobie pójść, rozpiszę tu po kolei analizę programu Skalpel. Chcę zwrócić tu uwagę na techniczne aspekty, bo wiecie… pohejtować każdy umie, a jak trzeba wyjaśnić, to wieje pustką. Jak już mówiłam, nowe treningi Ewy są naprawdę świetne i nie ma co się przy nich spinać, że coś jest nie tak. Stare też są naprawdę rewelacyjne, ale tak czy siak, niezależnie od treningu i trenera, z którym będziecie ćwiczyć, TRZEBA pamiętać o poprawności wykonywania ćwiczeń (nie tylko przy Chodakowskiej!).

Przez cały trening należy pamiętać o prostych plecach i napiętych mięśniach brzucha. Ewa cały czas przypomina o poprawnym oddychaniu, co jest również bardzo ważne ;).

ROZGRZEWKA
1. Wspięcia na palce. O wszystkim Ewa tutaj wspomniała. Napięte mięśnie brzucha, plecy proste, luźno ramiona, stopy skierowane na zewnątrz.
2. Unoszenie kolan – pamiętajcie o lekko ugiętych kolanach bez przeprostu.
3. Powtórka ćwiczenia z innym układem rąk – koniecznie proste plecy, lekko ugięte kolana, zbliżanie łokcie na poziomie piersi.
4. Prostowanie uniesionej nogi – noga stojąca koniecznie lekko ugięta w kolanie!, napięty brzuch.
5. Unoszenie rąk – ugięte kolana, proste plecy.

TRENING cz. 1 nogi i pośladki
1. Przysiad ze wspięciem na palce – plecy cały czas proste, patrzymy przed siebie; w przysiadzie kolana nie wychodzą poza linię stóp!!!, we wspięciu napięcie pośladków.
2. Uginanie łokci (to ten ruch w płaszczyźnie strzałkowej ;P) – napięty brzuch, proste plecy, lekko ugięte kolana.
3. Uginanie łokci 2 – jak powyżej. Można się przyjrzeć postawie Ewy, która pozycję wykonuje prawidłowo.
4. Półprzysiad i „wymachy” rękoma – kolana nie wychodzą poza linię stóp!, proste plecy (odcinek lędźwiowy nie może być pogłębiony!), wzrok skierowany lekko w dół, bez zadzierania głowy, stabilna postawa (bez kołysania się).
5. Łączenie łopatek w półprzysiadzie – jak wyżej.
6. Uginanie łokci w półprzysiadzie – jak wyżej. Ramiona równolegle z tułowiem.
7. Unoszenie rąk do boków w półprzysiadzie – jak wyżej. PROSTE PLECY (w jednej linii, bez pogłębiania lordozy w odcinku lędźwiowym i kifozy w odcinku piersiowym (czyli się nie garb i nie wypinaj tyłka)).
8. Zakrok z uniesieniem kolana – sylwetka wyprostowana, możemy pomóc sobie ruchem rąk jak przy marszu; kolano nogi, która jest w zakroku nie może dotykać ziemi!, kolano nogi z przodu nie może wychodzić poza linię stóp!
9. Przysiad ze wspięciem na palce – jak w punkcie 1.
10. Przysiady sumo ze wspięciem na palce – stopy skierowane na zewnątrz, kolana nie wychodzą poza linię stóp; we wspięciu na palce nie robimy przeprostu kolan; proste plecy bez garbienia się.
11. Odwodzenie nogi – noga stojąca musi mieć lekko ugięte kolano, sylwetka wyprostowana, napięty brzuch; kontrolowany ruch odwodzenia, bez swobodnego opadania nogi.
12. Wspięcie na palce – stopy na zewnątrz, brzuch napięty, sylwetka wyprostowana; nie wypinamy tyłka! ;P

TRENING cz. 2 nogi i pośladki
1. Unoszenie bioder w pozycji leżącej – stopy można oprzeć na samych piętach (to polepszy jakość ćwiczenia), kręgosłup prosty, przylegający w całości do maty (czyli napinamy brzuch i podwijamy biodra tak, żeby odcinek lędźwiowy nie był wygięty).
2. Ruch nogi z uniesieniem bioder – mocno napnij mięśnie brzucha i jeśli zaczyna boleć odcinek lędźwiowy, opuść biodra i zadbaj o przyleganie całego kręgosłupa do maty.
3. Unoszenie, przenoszenie i krążenie nogi – proste plecy, bez garbienia się.

TRENING cz. 3 plecy i pośladki (nie wykonuj 1 punktu, jeśli masz problemy z odcinkiem lędźwiowym!)
1. Unoszenie nóg, ruch poziomy i „pływanie” – oprzyj czoło na przedramionach lub macie, patrz w dół, napnij brzuch; nie unoś nóg ponad swoje możliwości, to krótki ruch; jeśli zaczyna boleć odcinek lędźwiowy kręgosłupa, zrezygnuj z tego punktu!
2. Unoszenie nogi z podporu na kolanach – dłonie pod ramionami, kolana pod biodrami, proste plecy, bez pogłębiania lordozy w odcinku lędźwiowym, nie obracaj tułowia i bioder; jeśli ta pozycja powoduje ból w odcinku lędźwiowym, zrezygnuj z całej tej części treningu).
3. Unoszenie nogi z oparciem na przedramionach – nie wyginaj odcinka lędźwiowego, napinaj mięśnie brzucha; patrz w dół, nie zadzieraj głowy.

TRENING cz. 4 brzuch
1. Pulsacyjny ruch rąk ze spięciem brzucha – nie unoś głowy do kolan (wtedy napinasz kark i męczysz kręgosłup), ale w górę, do sufitu, żeby ruch odbywał się z mięśni brzucha; jeśli czujesz, że tracisz oparcie w mięśniach brzucha, odłóż na chwilę ramiona i głowę, weź oddech i spróbuj jeszcze raz; cały kręgosłup przyklejony do maty, nie ma miejsca pod odcinkiem lędźwiowym!
2. Naprzemienne ruchy ramion (i nóg) – nie odklejaj odcinka lędźwiowego od maty, wszystko jak wyżej.
3. Brzuszki proste i skośne do kolana – wszystko jak wyżej :), nie zamykaj łokci, nie opieraj głowy na rękach, ruch odbywa się w górę z brzucha, a nie w przód z karku ;P.
4. Spięcia brzucha – jak wyżej w poprzednich punktach ze szczególnym naciskiem na odcinek lędźwiowy!; jeśli w tej pozycji czujesz dyskomfort w okolicy bioder, ustaw nogi na wzór poprzednich pozycji 1-3, nie odklejając odcinka lędźwiowego od maty.

ROZCIĄGANIE
I tutaj wszystko gra i jest powiedziane ;P.

Jeśli mogę coś dodać do całości treningu – warto zrobić krążenia kolan przed całym treningiem w ramach dodatkowego ruchu rozgrzewki. Tak w razie czego, nigdy nie zaszkodzi ;).
Trening skończony :D. A teraz na maty i proszę się tu więcej nie czepiać ;*.

Jeśli chcecie poczytać o samej Ewie na Fitnesowni, zapraszam TUTAJ <3