Batony, batoniki

No hejka, Fitnesiaki! 🙂 Jak obiecywałam na Instagramie, wstawiam wreszcie porównanie kultowych niemal fit-batonów. Listę – w miarę możliwości, pamięci i innych takich – będę uzupełniać, więc jeśli macie własne propozycje zdrowych batonów, podsyłajcie, ja je ze smakiem przetestuję i dodam do naszego zbioru ;P.

Zacznijmy od tego, że taki fit-baton to dobra przekąska, którą można zabrać ze sobą do pracy, szkoły, na uczelnię, wycieczkę czy wypad na zakupy. Część z nich zapewnia uczucie nasycenia, część zaspokaja jedynie kubki smakowe, inne traktowane są jako pożywienie po lub przed treningiem. Albo między treningami… Co kto woli. Wybór na rynku jest coraz większy, a też można zrobić je samemu, co wcale nie zajmuje dużo czasu ;). Przepisy na batony wstawię niebawem, natomiast tutaj zapraszam na artykuł o tych, które możemy zdobyć w sklepach.

Foods by Ann
…czyli batony Anny Lewandowskiej. To 8 smaków w wersji kieszonkowej i 3 w większym wydaniu. Na zdjęciu widać mój ulubiony smak, czyli właśnie jabłko & cynamon. Skład takiego batonika to: daktyle, suszone jabłko, orzechy nerkowca, orzechy brazylijskie i cynamon. Mamy jednak do wyboru jeszcze: marchew & pomarańcza, kokos & banan, truskawka & burak, kokos & kakao, kakao & malina, banan & kakao, jabłko & baobab; z dużych natomiast dostępne są: goji & żurawina, maca & kakao, dynia & matcha. Na stronie foodsbyann.com możemy zobaczyć, że miniaturki kosztują 3,89 zł, a większe wersje 5,99 zł. Ceny w różnych sklepach są zbliżone (choć mam wrażenie, że ostatnio w Relay kupowałam drożej). Dostępność jest taka, że… w niewielu miejscach je widzę :(. Są cudowne i chciałabym móc je kupić w sklepach, które mam po drodze, jednak sytuacja ma się nieco inaczej. Zawsze widzę je właśnie w Relay, zdarzyły się też w Żabce i Lidlu, ale chyba jako oferta specjalna. Dostępne są również na niektórych stacjach paliwowych (Shell?) i… cóż. Chcemy więcej! xD

Oczywiście do składu nie mam żadnych zastrzeżeń, bardzo podoba mi się inicjatywa Ani Lewandowskiej i muszę przyznać, że zaraz po tym, jak batony zostały wprowadzone na rynek, musiałam je wypróbować ;P. Jak już mówiłam, najbardziej lubię jabłko & cynamon, a na drugim miejscu stawiam kakao & malinę. Bardzo mi smakują, choć chciałabym, żeby były nieco większe. Może to dlatego, że są tak dobre xD. Zdecydowanie polecam jako szybką przekąskę na mały głód :).

Be Raw
…czyli batony Ewy Chodakowskiej. Czy tylko ja odnoszę takie wrażenie, czy obie panie myślą, że jak coś ma angielską nazwę, to wygląda lepiej? No nic. Taka wolna myśl (jestem zwolenniczką polskich nazw). W kolekcji batonów Be Raw mamy cztery smaki i pozwólcie, że przedstawię je od najsmaczniejszego (wg mnie) do… smacznego, ale ostatniego xD Będą więc tak: żółty (orzechowy), niebieski (proteinowy), różowy (buraczany) i biały (kokosowy). Moja przygoda z nimi zaczęła się od tego proteinowego, który uratował mnie w wieczór, gdy obchodziłam swoje urodziny, a z przejęcia zapomniałam czegokolwiek wcześniej zjeść. Serio można się nim całkiem najeść ;). Jest największy, a jego skład wygląda tak: koncentrat białka serwatki 36%, daktyle, gorzka czekolada 14% (miazga kakaowa 86%, tłuszcz kakaowy, cukier trzcinowy, emulgator: lecytyna rzepakowa, wanilia), śliwki 10%, surowe kakao 7%, wiórki kokosowe 3,3%, proteinowe płatki 3% (koncentrat białka serwatki, skrobia z tapioki), nasiona chia (salvia hispanica) 1,7%. Ten proteinowy jest wielkości dużych batonów Lewej, a reszta obiętościowo o 5 g większa niż batony kieszonkowe. Czyli wszystko podobnie. A jak z ceną? Proteinowy kosztuje 6,99 zł, a pozostałe trzy są po 4,99 zł. Dostaniemy je w Rossmannie, ale czy jeszcze gdzieś poza stroną bebio.pl? Nie wiem.

Moja opinia jest taka, że te żółty i niebieski są nieco bardziej wyraziste w smaku, może dlatego są lepsze. Mają fajną konsystencję (nie polecam w ogóle takich fit-batonów osobom z aparatem ortodontycznym!) i są naprawdę pyszną przekąską, która na pewno wywoła uśmiech :). Tutaj również nie mam co się czepiać składu i naprawdę je polecam :D.

Dobra Kaloria
Tutaj zabrakło nam trenera do promowania, ale jeśli marka jest zainteresowana, to jestem chętna xD. Objętościowo identyczne jak te z Foods by Ann, smaki w sumie… aż tak daleko nie odbiegają ;). Mamy tutaj: chrupiący orzech, jabłko & cynamon, kakao & orzech, kawa & orzech, kokos & orzech, śliwka & ziarna. Przykładowo skład pomarańczowego kakao & orzecha to: daktyle, chrupki zbożowe (mąka kukurydziana, mąka ryżowa), orzechy nerkowca (15%), kakao (1,9%). Cena za jeden taki batonik mieści się w przedziale od 2 do 3 złotych, a dostępne są w Lidlu, Rossmannie i zdaje się, że w wielu innych miejscach ;).

Oczywiście skład perfecto, nic dodać, nic ująć. Smak rewelacyjny, a sama najchętniej sięgam po chrupiący orzech, orzech & kakao oraz kawę & orzech. Tak, tak, lubię orzechy ;P. Batoniki niczym nie odstają od batonów Lewej i Chody, tylko… no właśnie. Nie mają tak znanej osobistości, która by je promowała xD. Czy więc są gorsze? Ani trochę. I jeśli macie wybór między tamtymi a tym, zdecydowanie bierzcie Dobrą Kalorię – portfel będzie zadowolony, a smak niezwykle podobny albo nawet ten sam. No chyba że macie swój ulubiony, konkretny… to się nie wtrącam ;). Tak czy siak, sama naprawdę chętnie po nie sięgam i zdecydowanie polecam!

https://img.grouponcdn.com/stores/31hpeHGxZvPbMLwyTo7SrBJQFQjF/storespi1184011-1040x640/v1/c700x420.jpg
Fig Bar
No i tu mamy baton z USA, w przeciwieństwie do poprzednich polskich produktów. Fig Bar ma wiele różnych smaków, choć sama do tej pory spotkałam się tylko z jagodowym, malinowym i figowym. No i figowy zdecydowanie stawiam na pierwszym miejscu. Jak wygląda jego skład? Błonnik owsiany, fosforany sodu (E339), fosforany wapnia (E341), karmel (E150), kwas cytrynowy (E330), mąka pszenna razowa z pełnego przemiału, olej rzepakowy, pasta figowa, płatki owsiane, sól morska, suszony syrop trzcinowy, syrop z brązowego ryżu, wodorowęglan sodu (E500). Gorzej niż poprzednie? Tylko minimalnie. Jest zdecydowanie słodszy niż wcześniejsze propozycje i bardziej sycący (ach, te figi!). Naprawdę da się nim najeść i nie popsuje nam zdrowej diety :D. Cena rozciąga się między 2 a 3 zł, dostępny jest natomiast w Rossmannie, Hebe, Żabce, Freshmarkecie… i pewnie innych miejscach.

Muszę przyznać, że jest naprawdę smaczny i sama lubię go przekąsić :). Jak pewnie zdążyliście zauważyć, ma większą zawartość cukru niż poprzednie batony. Dlatego lepszy jest na poranne godziny, momenty stresu, wymagające skupienia czy też przed porządnym treningiem. Zdecydowanie na tak! 😀

 

Na dziś to koniec mojej listy, jednak – jak wspominałam – będę dodawać kolejne produkty, jeśli jakieś ciekawe dostrzegę ;).
Spytacie, co z Ba!, Go On!, proteinowym Snicersem czy innymi… Cóż. Większość z nich zawiera syrop glukozowo-fruktozowy i, co gorsza, tłuszcz palmowy. Czyli najgorszy cukier i tłuszcze trans w jednym. Tego wolimy unikać. Nie uznaję ich za FITbatony, a jedynie za imitację. Tyle w temacie ;*.

 


obrazek nr 1: http://czarnawisienka.blogspot.com 😉 Polecam stamtąd przepis na takie pychotki!

Co Chodakowska ma wspólnego z kolanami?

O Chodakowskiej chyba już wszyscy słyszeli. Jeśli ktoś z nią trenował lub sprawdzał opinie, dobrze wie, że jej treningi okryte są wielką krytyką, szczególnie tą dotyczącą KOLAN. No i tutaj rodzi się pytanie: „Dlaczego kolana, a nie na przykład kręgosłup?”. No bo przecież wiadomo, że chodzi o kontuzje po ćwiczeniach. Na YT można znaleźć kilka filmików, które jadą po Ewie, nie zostawiając ani jednego argumentu ZA jej treningami. O co więc chodzi i czy programy Chody naprawdę są takie złe?

Co przedstawiają krytycy?
W zasadzie niedawno zabrałam się do obejrzenia kilku bardziej „fachowych” opinii na temat treningów Ewy Chodakowskiej. U jednego pana nasłuchałam się o niepoprawnej terminologii używanej przez trenerkę. No cóż… Nie wiem, czy temu panu o to chodziło, ale jakoś wydaje mi się, że większość osób lepiej zrozumie hasło „zegnij łokieć” niż „zegnij w płaszczyźnie strzałkowej”. Ale mniejsza z tym. Natomiast u innej trenerki personalnej  krytyka ćwiczeń na macie w domu sprowadziła się do niezwykle ogólnego i adekwatnego tytułu „Chodakowska zrobi ci krzywdę”. Czy jakoś tak. Trochę clickbait.

Co natomiast mówią inni trenerzy? Słyszałam o reakcjach: „Trenowałaś z Chodakowską i nie bolą cię kolana?” lub „Kolejna od Chodakowskiej… Lepiej zostaw to g”. Oczywiście z całym szacunkiem do tych trenerów, którzy tak nie mówią i szanują Ewkę – nie mówię o Was (nas) ;).

Krytyka najczęściej sprowadza się do braku profesjonalizmu (bez tłumaczenia, gdzie go brak), zerowej wiedzy, niepoprawnie wykonywanych ćwiczeń i – tu uwaga – nadwyrężaniu stawów. Szczególnie kolanowych.

Co jest na rzeczy?
Bez owijania w bawełnę (Wy też tego nie lubicie, czy tylko ja dostaję nerwicy, jak czytam artykuł, w którym odpowiedź na temat jest dopiero po wielkiej powieści wprowadzającej?) – na rzeczy są stare treningi Ewy. Pierwszym programem, o którym usłyszała cała Polska, był Skalpel. Nie trudno jest dostrzec różnice między nim a najnowszymi treningami, prowadzonymi z werwą i pełnym zestawem ważnych wskazówek. Co jest więc nie tak ze Skalpelem? Ewa nie mówi tam zbyt wiele o poprawności wykonywania ćwiczeń. Coś tam wspomina o kręgosłupie, coś podpowiada o świadomych ruchach, ale gdzieś to zostaje w tyle… i zdecydowanie za kolanami. Bo o kolanach to tam za bardzo nie ma. A kolana są ważne ;P.

Jak Ewa nie powie, to wszystko się wali
Prawda jest taka, że taki sobie zwykły przysiad niewiele osób potrafi wykonać w pełni poprawnie. Często wychodzi z tego półprzysiad lub kucanie, a to drugie to już zło wcielone. Kiedy nikt nie powie takiej początkującej osobie, że jak robi przysiad, to tak jakby miała usiąść na krześle i kolana nie mają wychodzić poza linię palców u stóp, to te osoby zrobią źle. Wiele razy. Może nawet z obciążeniem. I wyjdzie z tego kontuzja. Bo tak to się właśnie dzieje, kiedy ćwiczenie nie jest wykonywane poprawnie. Jak nie ma rozgrzewki i kolana nie są przygotowane do treningu, a na co dzień za bardzo się nie ruszają, bo siedzą ze swoim właścicielem przy biurku, to też nie ma co liczyć na zdrowe stawy po treningach.

No i tutaj muszę przyznać, że Chodzie trochę się zapomniało o takich przypomnieniach w pierwszych programach, ale dzisiaj niczego nie można jej odmówić. Treningi nagrywane obecnie są dużo lepsze i to się chwali. Tutaj wielki szacun dla Ewki, tym razem nie tylko za to, że „ruszyła poślady” wielu kobiet, ale również za to, że nie osiada w jednym punkcie i nigdy nie mówi sobie „dość”. To kobieta, która działa, wciąż się rozwija i wkłada mnóstwo energii w swoją pracę. Jest co podziwiać :).

Jeśli to w ogóle uznać za jakikolwiek argument, musimy pamiętać, że Choda była tak naprawdę pierwszą w Polsce trenerką, która zaciągnęła kobiety na maty, więc to ona budowała nowe ścieżki w tej dziedzinie w języku polskim. Nic dziwnego, że pierwsze programy nie były w stu procentach poprawne pod każdy względem.

Jakie są więc te treningi i czy warto po nie sięgać?
Jeśli chcemy sięgnąć po starsze programy Ewy, musimy zadbać sami o odpowiednią technikę wykonywania ćwiczeń. Dobrze jest więc zaczynać od nowszych programów albo tych z innymi trenerami, żeby zapoznać się z poprawnością robienia wszystkich ruchów.
Treningi Chodakowskiej są rewelacyjnie złożone i dobrze przemyślane, nie ma co tutaj odejmować. Jeśli o technikę chodzi, najlepszy jest u niej pilates, czyli Secret.

Spiesząc z odpowiedzią, czy warto – TAK, WARTO! Trzeba pamiętać o odpowiedniej diecie etc., etc… Ale to jak wszędzie. Bo tak naprawdę inny trener, na przykład z BeFit lub GymRa, może mieć niemal identyczne treningi jak Ewa i tego już nikt nie skrytykuje. Więc cała ta jazda jest zupełnie niepotrzebna ;).

ANALIZA PROGRAMU
Żeby nie być gołosłownym, pogadać, popisać, skrytykować, obronić i sobie pójść, rozpiszę tu po kolei analizę programu Skalpel. Chcę zwrócić tu uwagę na techniczne aspekty, bo wiecie… pohejtować każdy umie, a jak trzeba wyjaśnić, to wieje pustką. Jak już mówiłam, nowe treningi Ewy są naprawdę świetne i nie ma co się przy nich spinać, że coś jest nie tak. Stare też są naprawdę rewelacyjne, ale tak czy siak, niezależnie od treningu i trenera, z którym będziecie ćwiczyć, TRZEBA pamiętać o poprawności wykonywania ćwiczeń (nie tylko przy Chodakowskiej!).

Przez cały trening należy pamiętać o prostych plecach i napiętych mięśniach brzucha. Ewa cały czas przypomina o poprawnym oddychaniu, co jest również bardzo ważne ;).

ROZGRZEWKA
1. Wspięcia na palce. O wszystkim Ewa tutaj wspomniała. Napięte mięśnie brzucha, plecy proste, luźno ramiona, stopy skierowane na zewnątrz.
2. Unoszenie kolan – pamiętajcie o lekko ugiętych kolanach bez przeprostu.
3. Powtórka ćwiczenia z innym układem rąk – koniecznie proste plecy, lekko ugięte kolana, zbliżanie łokcie na poziomie piersi.
4. Prostowanie uniesionej nogi – noga stojąca koniecznie lekko ugięta w kolanie!, napięty brzuch.
5. Unoszenie rąk – ugięte kolana, proste plecy.

TRENING cz. 1 nogi i pośladki
1. Przysiad ze wspięciem na palce – plecy cały czas proste, patrzymy przed siebie; w przysiadzie kolana nie wychodzą poza linię stóp!!!, we wspięciu napięcie pośladków.
2. Uginanie łokci (to ten ruch w płaszczyźnie strzałkowej ;P) – napięty brzuch, proste plecy, lekko ugięte kolana.
3. Uginanie łokci 2 – jak powyżej. Można się przyjrzeć postawie Ewy, która pozycję wykonuje prawidłowo.
4. Półprzysiad i „wymachy” rękoma – kolana nie wychodzą poza linię stóp!, proste plecy (odcinek lędźwiowy nie może być pogłębiony!), wzrok skierowany lekko w dół, bez zadzierania głowy, stabilna postawa (bez kołysania się).
5. Łączenie łopatek w półprzysiadzie – jak wyżej.
6. Uginanie łokci w półprzysiadzie – jak wyżej. Ramiona równolegle z tułowiem.
7. Unoszenie rąk do boków w półprzysiadzie – jak wyżej. PROSTE PLECY (w jednej linii, bez pogłębiania lordozy w odcinku lędźwiowym i kifozy w odcinku piersiowym (czyli się nie garb i nie wypinaj tyłka)).
8. Zakrok z uniesieniem kolana – sylwetka wyprostowana, możemy pomóc sobie ruchem rąk jak przy marszu; kolano nogi, która jest w zakroku nie może dotykać ziemi!, kolano nogi z przodu nie może wychodzić poza linię stóp!
9. Przysiad ze wspięciem na palce – jak w punkcie 1.
10. Przysiady sumo ze wspięciem na palce – stopy skierowane na zewnątrz, kolana nie wychodzą poza linię stóp; we wspięciu na palce nie robimy przeprostu kolan; proste plecy bez garbienia się.
11. Odwodzenie nogi – noga stojąca musi mieć lekko ugięte kolano, sylwetka wyprostowana, napięty brzuch; kontrolowany ruch odwodzenia, bez swobodnego opadania nogi.
12. Wspięcie na palce – stopy na zewnątrz, brzuch napięty, sylwetka wyprostowana; nie wypinamy tyłka! ;P

TRENING cz. 2 nogi i pośladki
1. Unoszenie bioder w pozycji leżącej – stopy można oprzeć na samych piętach (to polepszy jakość ćwiczenia), kręgosłup prosty, przylegający w całości do maty (czyli napinamy brzuch i podwijamy biodra tak, żeby odcinek lędźwiowy nie był wygięty).
2. Ruch nogi z uniesieniem bioder – mocno napnij mięśnie brzucha i jeśli zaczyna boleć odcinek lędźwiowy, opuść biodra i zadbaj o przyleganie całego kręgosłupa do maty.
3. Unoszenie, przenoszenie i krążenie nogi – proste plecy, bez garbienia się.

TRENING cz. 3 plecy i pośladki (nie wykonuj 1 punktu, jeśli masz problemy z odcinkiem lędźwiowym!)
1. Unoszenie nóg, ruch poziomy i „pływanie” – oprzyj czoło na przedramionach lub macie, patrz w dół, napnij brzuch; nie unoś nóg ponad swoje możliwości, to krótki ruch; jeśli zaczyna boleć odcinek lędźwiowy kręgosłupa, zrezygnuj z tego punktu!
2. Unoszenie nogi z podporu na kolanach – dłonie pod ramionami, kolana pod biodrami, proste plecy, bez pogłębiania lordozy w odcinku lędźwiowym, nie obracaj tułowia i bioder; jeśli ta pozycja powoduje ból w odcinku lędźwiowym, zrezygnuj z całej tej części treningu).
3. Unoszenie nogi z oparciem na przedramionach – nie wyginaj odcinka lędźwiowego, napinaj mięśnie brzucha; patrz w dół, nie zadzieraj głowy.

TRENING cz. 4 brzuch
1. Pulsacyjny ruch rąk ze spięciem brzucha – nie unoś głowy do kolan (wtedy napinasz kark i męczysz kręgosłup), ale w górę, do sufitu, żeby ruch odbywał się z mięśni brzucha; jeśli czujesz, że tracisz oparcie w mięśniach brzucha, odłóż na chwilę ramiona i głowę, weź oddech i spróbuj jeszcze raz; cały kręgosłup przyklejony do maty, nie ma miejsca pod odcinkiem lędźwiowym!
2. Naprzemienne ruchy ramion (i nóg) – nie odklejaj odcinka lędźwiowego od maty, wszystko jak wyżej.
3. Brzuszki proste i skośne do kolana – wszystko jak wyżej :), nie zamykaj łokci, nie opieraj głowy na rękach, ruch odbywa się w górę z brzucha, a nie w przód z karku ;P.
4. Spięcia brzucha – jak wyżej w poprzednich punktach ze szczególnym naciskiem na odcinek lędźwiowy!; jeśli w tej pozycji czujesz dyskomfort w okolicy bioder, ustaw nogi na wzór poprzednich pozycji 1-3, nie odklejając odcinka lędźwiowego od maty.

ROZCIĄGANIE
I tutaj wszystko gra i jest powiedziane ;P.

Jeśli mogę coś dodać do całości treningu – warto zrobić krążenia kolan przed całym treningiem w ramach dodatkowego ruchu rozgrzewki. Tak w razie czego, nigdy nie zaszkodzi ;).
Trening skończony :D. A teraz na maty i proszę się tu więcej nie czepiać ;*.

Jeśli chcecie poczytać o samej Ewie na Fitnesowni, zapraszam TUTAJ <3

Świąteczne szaleństwa

Uwaga, uwaga! Uwielbiam zimę. Tak właśnie. Nie lato. Zimę. Choć wiem, że raczej należę do mniejszości ;P. A najbardziej z całego roku uwielbiam właśnie święta Bożego Narodzenia. I tutaj również wiele osób się ze mną nie zgodzi. „No co ty! Tylko portfel chudnie, człowiek się narobi, potem nażre się i już jest po Świętach. Ja dziękuję za taką przyjemność!” – znacie takich? Mi nie raz się coś tam o uszy obiło, że istnieją.

Adwent
Dobra, dobra. Zanim Święta, to mamy jeszcze adwent. Dla jednych to „codziennie” nowa czekoladka z kalendarza (bądźmy szczerzy – codziennie nowy kalendarz adwentowy), dla innych niemal cztery tygodnie różnych wyrzeczeń, dla jeszcze następnych obojętna chwila. Niezależnie od tego, co wyznajemy i czy w ogóle cokolwiek wyznajemy, możemy w dobry sposób wykorzystać czas adwentu (czyli z łaciny „czas nadejścia”). Postanowienia tak czy siak nikomu nie zaszkodzą, jeśli mają służyć stawaniu się lepszym, prawda? 🙂 Może tym razem – zamiast wcinać niespodziankę z kolejnego okienka kalendarza lub irytować się przy „Last Christmas” – zróbmy takie postanowienie. Można stać się lepszym na wiele sposobów, no nie? Czy to wziąć się wreszcie za regularne ćwiczenia, zdrową dietę, czy wpłacić pieniądze na cele charytatywne, spędzić czas z najbliższymi, odwiedzić osoby, które z różnych powodów odkładamy na późniejszy czas. Żeby świat był lepszym, należy zacząć od siebie :D.

Prezenty
Długie kolejki, brak miejsc parkingowych, coraz szczuplejszy portfel, tłumy ludzi w centrach handlowych. Jedna wielka irytacja. Wracamy do domu i już mamy dość tych Świąt, bo „tyle jest na głowie”! Przystańmy na chwilę i spytajmy się samych siebie, czy te prezenty to naprawdę najważniejsza część Bożego Narodzenia? Jasne, dzieci uwielbiają, jak przychodzi do nich św. Mikołaj, ale raczej uczenie ich, że to na prezentach polegają Święta, nie jest chyba najlepszą rzeczą. Oczywiście prezent to zawsze miła rzecz dla każdego. Ale wiecie, co o tym myślę? Jeśli kupowanie prezentu ma oznaczać odmówienie dziecku wspólnej zabawy, zbycie tego, co mają nam do powiedzenia rodzice czy dziadkowie, odmówienie spotkania z partnerem, to może jednak nie warto lecieć po ten prezent właśnie w tej chwili? Napięty grafik? Ja wiem, wiem. Sama nie mam już wolnego miejsca w kalendarzu. Ale to, że coś jest zapisane, nie znaczy, że jest nieodwołalne.

Wspólnie spędzony czas to prezent, o którym z łatwością zapominamy. Chcemy powiedzieć komuś, że go kochamy, że jest nam bliski przez danie mu góry prezentów? Super, jeśli naprawdę kupowaliśmy je z jakąś przyjemnością, ze szczególną myślą o tej osobie. Czasem może jednak lepiej będzie, jeśli damy drobiazg i przede wszystkim siebie. Bo to, że możemy tego dnia być razem, jest najważniejszym i absolutnie bezcennym prezentem.

Kuchnia, ścierka, urwanie głowy!
Nawiązując do tego, co wyżej – nie musisz przecież gotować idealnie dwunastu potraw, za fotelem nie musi być perfekcyjnie czysto! Fajnie jest, kiedy mamy porządek, jasne. Ale no ej… Są ważniejsze rzeczy! Jak już padasz z nóg, to naprawdę odpocznij. To dni, które spędzisz z najbliższymi i to oni są najważniejsi. Nie strać tej chwili dla testu białej rękawiczki.

Fit-Wigilia
Jest mnóstwo propozycji od trenerów i kucharzy, co przygotować na Święta do jedzenia, żeby było zdrowo i smacznie. Jeśli naprawdę bardzo chcesz w ten sposób, cóż, to Twój stół, Twoja kuchnia, Twoje Święta. Ty rządzisz ;). Jednak jako trener muszę powiedzieć Ci jedną dość istotną rzecz. To jest Boże Narodzenie. Nie odbieraj sobie przyjemności zjedzenia pieczonej kaczki, pysznego barszczu z uszkami, pierogów czy schrupania kilku pierniczków. Chyba że masz jakąś nietolerancję czy coś… No ale nie o tym tu mówimy. Możemy sobie chodzić na siłownię, robić masę, rzeźbę i nie wiadomo, co jeszcze, ale nie dajmy się zwariować! Święta to Święta, każdy ma dyspensę od tak zwanej „czystej michy”. Jasne? Żadnych diet odchudzających. Nie na ten czas. Mam nadzieję, że się rozumiemy ;).

Duch świąt Bożego Narodzenia
Nie zapominajmy, co jest najważniejsze w tym czasie. To szczególny moment w roku, więc dajmy siebie rodzinie, przyjaciołom, tym wszystkim osobom, które nas potrzebują i których my potrzebujemy. Coraz częściej słyszę jakoś w okolicach Świąt: „Jakoś nie czuję tego klimatu”. Zupełnie jakby ten klimat znikł, rozwiał się gdzieś. Hej, obudźmy się wreszcie i stwórzmy tę piękną atmosferę. Powspominajmy piękne chwile, doceńmy naszych bliskich, postarajmy się zauważyć piękno, dobro i szczęście w najmniejszych rzeczach. Cieszmy się tym czasem. Zapalmy w sobie żywe światło i nie dawajmy go zgasić. To tak ważne, a tak często zapominane.

Tym razem naprawdę przeżyj ten czas. Nie obserwuj bez żadnych emocji. Odnajdź go w sobie i przez te kilka dni oddychaj nim. Wspomnij ludzi, którzy byli przy Tobie, a którzy odeszli – jak dobrze, że byli, że miałeś to szczęście ich poznać. Pomóż tym, którzy tej pomocy potrzebują, otwórz oczy na troski i to, co możesz poprawić. A przede wszystkim podziękuj tym, którzy są z Tobą, za to, że właśnie są obecni, że dają Ci miłość. Pomyśl, kiedy ostatni raz mówiłeś najbliższym, że ich kochasz. Może to właściwa okazja? Wstydzisz się? Zobacz, przecież nikt Cię nie wyśmieje. Któż nie chce być kochany? Myślę, że to właściwy czas ;).

Moi drodzy Fitnesowicze,
z okazji świąt Bożego Narodzenia życzę Wam wiary w siebie, tego wewnętrznego światła, ciepła, umiejętności przebaczania, zdrowia i czasu dla najważniejszych osób w życiu. Życzę Wam, abyście nie gubili tego, co najbardziej istotne w tym czasie oraz żebyście potrafili zawsze znajdować dobro i piękno w najmniejszych rzeczach. Aby słowa „dziękuję” i „przepraszam” zagościły na stałe w Waszych słownikach, a „kocham cię” zawsze było pełne ciepłych emocji.

Jasne, wiem, to mało fitnessowy wpis, ale na pewno bardzo ważny. W końcu to nie wygląd zewnętrzny jest najważniejszy, a to, co nosimy w sobie. 🙂

Sissi. Cesarzowa fitnessu

Przyznaję – historia to mój konik, choć długo się z nią kłóciłam ;P. Jeśli są tu również gimnazjaliści (lub uczniowie podstawówki) albo licealiści, wierzcie mi, historia w szkole ssie i nie jest prawdziwą historią ;). Dlatego, nawet jeśli twierdzisz, że to będzie zwykła lekcja takiej tam historii, grubo się mylisz. Nie bez powodu piszę o cesarzowej Elżbiecie właśnie tutaj, na Fitnesowni. Otóż to ona jest prekursorką aktywności fizycznej. Ba! Była jedyna w swoim rodzaju, łamała reguły, pokazywała, że KOBIETA POTRAFI. Zdecydowanie wyłamywała się z tłumu i przez to była wytykana palcami na dworze, uznawana za wariatkę. Dziś chciałabym Wam przybliżyć jej postać, zarówno z tej części urodowej, jak też ogólnie z życia. W końcu chodzi o kobietę opisywaną jako prawdziwą PIĘKNOŚĆ!

Chłopczyca
Nie da się ukryć, że mała Sissi, jak nazywano pieszczotliwie bawarską księżniczkę Elżbietę, była córeczką tatusia, który zresztą uwielbiał polowania. Stąd też wzięła się jej umiejętność jazdy konnej. Uwielbiała konne przejażdżki, aktywne gry i czas spędzony na powietrzu. Niezwykle nudziły ją lekcje, w szczególności wolne tańce, które nie wyrażały żadnych emocji, a jedynie dumę i spokój. Najwidoczniej nie przejmowała się jakoś szczególnie swoją pozycją społeczną i zdecydowanie wolała spędzać czas aktywnie, na słońcu, na jeździe konnej, co raczej nie było mile widziane w dostojnej szlachcie.

Gdy księżniczka była dzieckiem, przypominała bardziej chłopca z pyzatą, okrągłą buzią. Jej legendarna wręcz uroda rozwijała się niezwykle wolno. Nikt więc nie przypuszczał, że z chłopczycy wyrośnie światowa piękność. Wszyscy zwracali raczej uwagę na jej starszą o trzy lata siostrę, Helenę, uznawaną za najbardziej urodziwą niewiastę w całej rodzinie. Ba! To właśnie Helenie miał się oświadczyć cesarz Austrii Franciszek. Kto by pomyślał, że w Bad Ischl na uroczystości zaręczyn monarcha wybierze młodszą – wówczas piętnastoletnią – siostrę Heleny, Elżbietę, której uroda zaczęła się niespodziewanie uwidaczniać. Sama Sissi była niezwykle zaskoczona tym zwrotem akcji.

Dziwadło
Gdy Sissi przybyła do Wiednia do pałacu Hofburg, zaczęła swoje restrykcyjne diety, które często przybierały postać głodówek. Cesarzowa odmawiała deserów i innych słodyczy, nie piła porannej gorącej czekolady, która panowała na dworze austriackim od wieków. Zamiast tego jadała jeden posiłek w ciągu dnia, w którym wszystko musiało być surowe – surowe mięso, surowe warzywa i owoce. Musicie sobie wyobrazić reakcje rodziny królewskiej ;).

No i uwaga, uwaga… Wymiary monarchini są naprawdę porażające. Kiedy Sissi skończyła rosnąć, miała 172 cm wzrostu (czyli nieco więcej niż jej mąż, co usilnie ukrywano na obrazach), jej waga krążyła przy 50 kilogramach, a talia… Jak myślicie? ;P 50 cm. Dla porównania: Marilyn Monroe 63,5; Ewa Chodakowska 65. Pomyślicie, że przegięła, jednak musimy pamiętać, że nasza Elżbieta żyła w XIX wieku, gdzie ona sama wyznaczała sobie granice, bo wówczas kobiety raczej nie myślały o dietach, a aktywność fizyczna to już w ogóle była abstrakcja. Spacery po dworze? Podróże? Przecież skóra powinna być biała! Tak, tak, takie było ówczesne postrzeganie. Sissi była więc dla nich dziwadłem. Nie znała jednak odpowiednich proporcji, nikt nie wyznaczał, ile się powinno ważyć przy danym wzroście. Skąd miała to wiedzieć? Kreowała więc najlepszą wersję siebie wg własnej opinii.

Mąż, teściowa… czyli fakty i mity
Nie mogę nie wspomnieć o jej relacjach z rodziną ;). Krążą słuchy, że miała okrutną teściową, a z mężem łączyła ją ogromna miłość. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że obie te relacje zostały wykreowane na potrzeby filmu z 1955r., w którym w samą cesarzową wcieliła się Romy Schneider. Po co? Po pierwsze – żeby wszyscy pokochali Sissi jako niewinną, uroczą dziewczynę; po drugie – żeby zakończyć nieprzyjemne opowiastki o skandalicznej monarchini. Tak, tak, złośliwe pamflety rozpowszechniły, iż młodziutka Elżbieta rzekomo nie chce swoich dzieci, że nie umie wpasować się w życie dworskie… Co więcej, że nie okazuje żadnych uczuć swojemu kochanemu mężowi.

W rzeczywistości arcyksiężna Zofia uwielbiała swoją synową, czego można się dowiedzieć, spacerując po muzeum Pałacu Hofburg ;). Okej, dobra. Zrobiła swoje błędy, bo zabrała dzieci Sissi, żeby je wychować osobiście. Jednak sama cesarzowa, jak można teraz oceniać, przeżywała swego rodzaju baby blues (nie dziwię się, bo wyszła za mąż w wieku 15 lat i od razu rodziła czwórkę dzieci jedno za drugim). Mimo wszystko to właśnie teściowa, widząc jeżdżącą konno Sissi, powiedziała: Oto cesarzowa, która zachwyca wszystkich. To dla niej ich podziw, to ona jest dla nich idolem.

Co do cesarza: był zachwycony swoją Sissi. Może i ona z początku powiedziała: Oczywiście, że go kocham! Jak mogłabym go nie kochać?, dodając po chwili: Gdyby tylko nie był cesarzem… Jednak znów muszę przypomnieć – miała wówczas piętnaście lat! No i dobra, trafiła na dwór, gdzie musiała choć trochę trzymać się sztywnych zasad, szybko dorosnąć, nie biegać, nie wymykać się do koni… To ją przytłoczyło. I choć z początku była prawdziwie zauroczona Franciszkiem, po tym uczuciu zostało przyzwyczajenie i troska, jednak sama cesarzowa kojarzyła go raczej z obowiązkami i dworem niż ze wspaniałym partnerem.

Bądź co bądź, cesarz wciąż mówił, że kocha swoją żonę. Opiewał jej urodę, w swoim gabinecie przed biurkiem miał jej portret. Był w nią zapatrzony jak w obrazek. I może tu też był błąd. Nie rozmawiali ze sobą zbyt często, on prawie jej nie znał. Skupiał się tylko na jej niezwykłej urodzie. Czyżby kochał iluzję, którą sam sobie stworzył, czy prawdziwą Sissi?

Uroda i fitness
Elżbieta miała niebywale długie włosy (podobno sięgały jej do pięt), które były tak ciężkie, że musiała od czasu do czasu podtrzymywać je wstążką. Wstawała o wczesnych godzinach porannych, aby odbyć całą toaletę, a także zrobić trening, co zajmowało dobre kilka godzin. Poniżej na zdjęciu widać dwa krążki, które cesarzowa wykorzystywała do podciągania i robienia brzuszków w zwisie, a także do rozciągania. Mamy również drabinkę i drążek. Cesarzowa posiadała też ciężarki. Wierzcie mi, ta kobieta naprawdę sobie nie odpuszczała. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak jej ciało musiało być wyćwiczone. Codzienne treningi, jazda konno… No, może poza tymi dietami ;).

Mądra i uparta
Zamiast herbatek z dostojnymi damami w altanach z różanym zwieńczeniem w Pałacu Schönbrunn Sissi wybierała lekcje języków. Jaki skandal wywołała, decydując się na naukę węgierskiego, czyli języka największego wroga! Zaraz potem wyjechała na Węgry, zjednała sobie tamten lud i to ona doprowadziła do sojuszu, wobec którego stała się królową Węgier, obsadzając jako króla swojego męża. Zdolna babka, co? ;P

Poza tym wszystkim była również poetką. Pisała „do szuflady” i moim zdaniem wychodziło jej to świetnie. Niemniej jednak złośliwość ludzi nie zna granic, więc była oczerniana jeszcze przez ponad pół wieku od swojej śmierci, dopóki nie nakręcono filmu „Sissi” w 1955r.

Dzisiaj byłaby cenioną kobietą
Niezwykła piękność zginęła zasztyletowana 10 września 1898 roku podczas spaceru w jednej z podróży. Choć sama nie darzyła swojego męża wspaniałą miłością, troszczyła się o niego i gdy go opuściła na rzecz poznawania świata i tej prawdziwej miłości, sama zainicjowała jego spotkanie ze swoją znajomą, z którą cesarz Franciszek do śmierci pozostał w przyjaźni. Był jednak platonicznie zakochany w swojej Sissi, dlatego niezwykle ciężko zniósł wieść o zamachu na jej życie. To nie był pierwszy cios w życiu monarchy. Razem z żoną cierpiał, gdy najpierw zmarła ich mała córeczka, a potem syn Rudolf popełnił samobójstwo, nie mogąc pojąć za żonę miłości swojego życia.

Ciekawostki ciekawostkami…
Raczej nie biorę na serio informacji o kontrowersyjnych zabiegach urodowych tejże cesarzowej. Wszystko, co Wam tutaj piszę pochodzi z książki zakupionej w Hofburgu „The reluctant empress” Brigitte Hamann, którą serdecznie polecam zainteresowanym (o ile ktoś chce poznać tę PRAWDZIWĄ historię) ;), oraz część wiedzy zgarnięta jest prosto z samego Wiednia z obu pałaców. Tej raczej ufam ;P.

Sissi nazywała się dokładnie Elisabeth Amalie Eugenie z linii Pfalz-Zweibrücken-Birkenfeld-Gelnhausen rodu Wittelsbach. Byłą księżniczką bawarską, cesarzową Austrii i królową Węgier. Urodziła się 24 grudnia 1837 roku, a zmarła 10 września 1898. Jej mąż – Franz Joseph I – był jej bratem ciotecznym, czyli synem siostry matki.

Gdy Elżbieta nie mogła już uprawiać jazdy konnej, zajęła się szermierką i dalej trenowała w swoich komnatach. Pod koniec swojego sześćdziesięcioletniego życia zamieniła to wszystko na długie spacery.

Sissi została uznana za najpiękniejszą kobietę na świecie, czego – jako jedyny monarcha – nie poparła angielska królowa Wiktoria. Szach perski powiedział o niej tak:

To najbardziej czarująca ze wszystkich znanych mi kobiet. Co za godność! Co za śmiech! Co za dobroć! Jeśli tu wrócę, to tylko dlatego, by ją jeszcze raz ujrzeć.

Cesarz niemiecki Fryderyk III opisywał Sissi w jeszcze inny sposób.

Cesarzowa nie siada, tylko majestatycznie zajmuje miejsce; nie wstaje, tylko się podnosi; nie chodzi, tylko kroczy z godnością. Jej pojawienie się wprawiło mnie w niemy zachwyt.

Nie bez powodu piszę dziś o Sissi. Była prekursorką aktywności fizycznej! W swoich czasach w całej Europie była zdecydowanie jedyną taką władczynią. Polecam wszystkim zapoznać się z jej życiem, nawet z trzyczęściowego filmu z Romy Schneider, choć nie ukazuje on całej prawdy ;).

Dziś właśnie przypada 119 rocznica zamachu na jej życie. W grudniu, w wigilię świąt Bożego Narodzenia, nadejdzie 180 rocznica jej urodzin. Myślę, że warto wiedzieć co nieco o takiej osobie.

Mam cichą nadzieję, że ten artykuł, choć inny od wszystkich, spodobał się Wam i zainteresowałam Was postacią Sissi :).

DETOKS – czyli jak się pozbyć toksyn z organizmu i nie zwariować

Po co mi detoks?
Wchodzisz do sieciowej kawiarni i od razu rzuca Ci się w oczy zielony koktajl za 18,90 zł o nazwie „detox”. Przechodzisz obok siłowni, gdzie jednym z nowych haseł jest „pozbądź się toksyn!”. Otwierasz kobiecy magazyn, a w strefie z poradami widzisz owoce, miarkę i hantelki z wielkim podpisem „odtruwanie domowym sposobem”. No i rodzą się wreszcie dwa pytania. Czym jest ten detoks? Czy ja też go potrzebuję?

No, najprawdopodobniej tak. To nie jest jakiś obowiązek, ale  warto spróbować.
Taki detoks ma za zadanie oczyścić Twój organizm z nagromadzonych toksyn. Ot, taka całkiem przydatna pomoc.

Jak wygląda zatrucie?
Często można rozpoznać obecność toksyn w organizmie po niższej odporności, niespodziewanych alergiach, reakcjach alergicznych na wilgoć i grzyby/pleśnie, po BIAŁYM NALOCIE na języku, ZANIECZYSZCZONEJ CERZE lub nawet WZDĘTYM BRZUCHU.

Skąd takie oznaki? Żyjąc w zatłoczonych miastach, wdychając spaliny, pryskając się dezodorantami i perfumami, korzystając z wątpliwych podkładów, jedząc niezdrowe rzeczy, łykając tabletki lub nie uprawiając żadnej aktywności fizycznej (i tak dalej), stopniowo zwiększa się obecność toksyn w ciele, a to raczej nie jest pożądane przez nas wszystkich zjawisko.

Dieta oczyszczająca organizm
Najlepiej uchwycić się właśnie tego, choć nie jest to najprzyjemniejszy sposób ;P. Oczywiście warianty diety są różne. Należy jednak wyeliminować wszystko to, co mogłoby zatruć organizm, a najkorzystniej wychodzi się na diecie WARZYWNO-OWOCOWEJ. Jakie są jej zasady? Otóż je się TYLKO warzywa i owoce. Nic więcej. Można je piec, gotować, jeść na surowo, doprawiać ziołami. No i pije się wówczas wodę, wodę z owocami/ziołami lub herbaty ziołowe. Proste zasady, nic trudnego. Gorzej z wykonaniem. O tym nieco niżej ;).
Taka dieta powinna trwać od 1 do 30 dni. Wybór należy więc do Ciebie i Twojego organizmu. Wystarczy dostosować do potrzeb.

(Jeśli ten wariant Cię nie interesuje, nie rezygnuj z dalszej lektury ;). Są też inne możliwości!)

Ania Lewandowska – niezastąpiona trenerka i dietetyk <3 – proponuje natomiast wersję jednodniową. Poniżej wstawiam cytat z jej bloga, jednak chciałam przy okazji wspomnieć, że ta opcja jest dobrym pomysłem, kiedy chce się UTRZYMAĆ czystość organizmu. Warto więc wybrać konkretny dzień w miesiącu i systematycznie to powtarzać (np. 12 stycznia -> 12 lutego -> 12 marca etc.).

Taki dzień warto zacząć od szklanki ciepłej wody z wyciągiem z pestek grejpfruta lub cytryny (dostępne w aptece lub sklepach zielarskich), krople te możemy pić również wieczorem przed snem. Potem można wypić szklankę wywaru z gotowanego, złocistego siemienia lnianego, który rewelacyjnie wpływa na pracę jelit, wspomaga odchudzanie, wzmacnia skórę, włosy i paznokcie oraz posiada wiele innych wspaniałych właściwości, o których będę jeszcze pisała :) . W ciągu dnia kawę i herbaty zamieniamy na koncentrat z buraków (sklepowy, ale w szklanej butelce, bez glutaminianu sodu) wymieszany z gorącą wodą, sok z surowych buraków lub kwas z kiszonych buraków – to są świetne odkwaszacze. Wieczorem można wypić proszek zasadowy wymieszany z wodą (w 1,5 litra wody, w temperaturze pokojowej) lub herbatę z czystka. Co na śniadanie, obiad i kolację? Tego dnia jemy przez cały dzień zupy krem (bez nabiału i innych dodatków) oraz soki warzywne. Przed snem warto wypić melisę i położyć się wcześniej spać, aby organizm mógł odpocząć i usunąć toksyny z organizmu.

~ Healthy Plan by Ann

Detoks koktajlowy
Oczyszczanie koktajlami też wchodzi w grę, a co! Tutaj też są różne warianty; sama wyróżnię dwa.

  1. Picie oczyszczającego soku codziennie 1-2 razy w ciągu dnia przez 1-2 tygodnie
    (pomysły na koktajle oczyszczające również znajdziesz u Ani Lewandowskiej, a na pewno ja również będę wstawiać coś tutaj, na Fitnesownię ;)).
  2. Kompletny detoks koktajlowy, który polecam zamówić z Juicy (podlinkowane). W tym wariancie pije się tylko koktajle. W sumie całkiem smaczna opcja ;P. Ach! Trzeba pić wodę. ZAWSZE trzeba pić wodę.

Trening
Podczas detoksu organizm może być bardzo osłabiony, ale to naturalna reakcja ;). Niemniej jednak nie wolno wówczas wykonywać ciężkich treningów, jak też tych, które bardzo angażują kondycyjnie. Najlepszym wyborem będzie więc joga lub stretching. Pamiętaj o swoim zdrowiu i to je stawiaj a pierwszym planie, a nie zaplanowany na dany dzień wycisk!

Umysł
Medytacja to coś, co niezwykle wycisza organizm, redukuje stres i uwalnia od złych emocji. Skoro już chcesz zadbać o doskonały stan swojego ciała, zadbaj też o czystość umysłu. To pozwoli Ci lepiej pracować, cieszyć się każdą chwilą życia i ukoi Twoje nerwy ;).

Co jest dla Ciebie najlepsze?
Wybór jest dowolny. Ja wspomniałam tylko o detoksie pełnym, jednak możesz również wybrać detoks polegający na wypiciu codziennie naparu z pietruszki połączonego z sokiem z cytryny, wodą i posiekaną pietruszką (natką, rzecz jasna).

Jeśli wiesz lub czujesz, że Twój organizm jest pełen toksyn, lepiej wybrać pełną dietę odtruwającą, czyli tę warzywno-owocową na przynajmniej 3 dni. W tym czasie Twój organizm będzie miał szansę wyrzucić z siebie toksyny i powrócić do zdrowia. Możesz się zdecydować na dwa tygodnie takiej diety i gwarantuję Ci, że ciało Ci za to podziękuje ;).

Uważaj na detoks, jeśli jesteś osobą chorą, masz specjalną dla swojego schorzenia dietę, jesteś w ciąży lub karmisz piersią – wówczas zapomnij o takim pełnym detoksie i jeśli w ogóle chcesz się czegoś w tym stylu podejmować, skonsultuj to ze swoim lekarzem!

Jeśli chcesz tylko odtruć swój organizm co jakiś czas, korzystaj z jednodniowych wariantów ;). Polecam też wracać do odtruwania jednodniowego raz w miesiącu, aby zadbać w pełni o swoje ciało, zdrowy wygląd i pełną wydolność.

Moje doświadczenie
Niedawno podjęłam się diety warzywno-owocowej pełnej i trwała ona 3 dni. Wyglądało to tak, że pierwszego dnia myślałam o ciastkach, czekoladzie i batonach. Serio. Nie żartuję. Byłam niesamowicie głodna, trochę słaba… Drugi dzień był luźniejszy, choć wciąż odczuwałam lekki głód. Moja twarz wypychała na wierzch wszystkie złe rzeczy, byłam nieco słabsza, nieco bolała głowa i miałam spuchnięte oko. No, normalne reakcje organizmu, choć naprawdę nieprzyjemne. Trzeciego dnia było już luźniutko. Czułam się lekka, zdrowa, pełna energii. I, co najważniejsze, najadałam się! Serio. W trzy dni można się przyzwyczaić. Minął tydzień od podjęcia się diety i organizm wciąż wyrzuca z siebie toksyny, również dlatego, że podtrzymuję działanie detoksu piciem wody z cytryną i naparem z pietruszki. Naprawdę polecam gorąco taką opcję i wiem, że chętnie wrócę do czegoś takiego, nawet może niedługo. Skóra jest dużo gładsza, ładniejsza, zdrowsza, ja mam więcej energii i czuję się lżejsza.

Niechętnie przyznaję, że nie warto wspominać o detoksie ludziom wokół. Pierwszego dnia potrzebna jest motywacja ze strony innych, a tej czasem braknie. Ludzie krytycznie podchodzą do takich „eksperymentów”, ponieważ ich nie znają i w ich oczach to wygląda na zupełnie głupie i niepotrzebne. Ja jednak zauważyłam efekty i jestem z nich naprawdę zadowolona. I tutaj muszę bardzo gorąco podziękować mojemu Partnerowi, Mamie i Cioci, którzy wspierali mnie, nie krytykowali, nie poddawali w wątpliwość mojej wiedzy z tego zakresu. Wiem, to tylko trzy dni, jednak pierwszy dzień serio nie jest łatwy.

Po detoksie
Nie wpadaj od razu w wir wielkich uczt. Powoli nabieraj „tempa” w jedzeniu, nie przeciążaj żołądka i całego organizmu. Nie rzucaj się na cukier i produkty niezdrowe. Zadbaj o siebie. A najlepiej pozbądź się na zawsze fastfoodów i innych świństw.

WAŻNE!
Podczas detoksu NIE WOLNO spożywać ALKOHOLU i palić PAPIEROSÓW. Palisz? Masz szansę to wyeliminować. Pamiętaj: to TY decydujesz, czy wybierzesz FAJKI czy ŻYCIE. Wszystko Ci jedno? Pomyśl o swoich dzieciach, o partnerze, o rodzicach, rodzeństwie, przyjaciołach. Wybierasz ICH czy PAPIEROSY? Zdecyduj. Bo ten detoks serio może być Twoją szansą. Trzymam za Ciebie kciuki!

Trzymam kciuki za Was wszystkich, Fitnesowicze. Niezależnie od tego, czy macie uzależnienia, czy nie. Czy jesteście na początku ścieżki zdrowego stylu życia, czy od dawna w tym siedzicie. Wspieram Was, przesyłam wirtualne buziaki i życzę wszystkiego zdrowego! 🙂 Dasz radę. Kto, jak nie Ty?

Buźka ;*.