Nie oceniaj mnie

Nie oceniaj… Łatwo powiedzieć. Mówią to nam, mówimy to innym. A już szczególnie wtedy, gdy dotyczy to nas samych. Jasne, że nie chcemy, aby ktoś nas oceniał tak po prostu. Co dzień wystawiamy się na tę ocenę. Wychodzimy do pracy, szkoły, na spotkanie, na randkę, na kawę, na zakupy… wiecznie w ruchu. Zawsze pod ostrzałem krytycznych spojrzeń. Czasem pod hasłem „piękne nogi…”, a czasem „mogłaby się uczesać”. Chcielibyśmy powiedzieć „jeny, nie oceniaj mnie. Spójrz na siebie!”. Tylko że… przecież nam też się zdarzy tak spojrzeć, pomyśleć. No ale przecież powtarzamy wszystkim, żeby nie oceniać po wyglądzie, nie? Sęk w tym, że to naprawdę nie takie proste. Czy można tak najzwyczajniej w świecie nie oceniać? Albo czy można przestać myśleć o tym, że ktoś właśnie krytykuje mnie w myślach?

Od początku. To, co nas najbardziej boli. Krytyka. Narażeni na nią dzień w dzień (okej, w czasie kwarantanny może nieco mniej), wychodzimy z domów. Do pracy, do szkoły, do kawiarni. Tak, tak, przytyło nam się dwa kilogramy ostatnio, ale… rany, ta kobieta tak spojrzała… to na pewno widać!
Czujesz już to napięcie? Doświadczyłaś, doświadczyłeś tego kiedyś?

Kiedyś rozmawiałam luźno z moją fryzjerką. Powiedziała mi coś, co do tej pory tkwi mi w pamięci. „Myślałam o kapeluszu z większym rondem. Bo to takie ładne u innych… I kupiłam. Ale raz tak stoję na przystanku, a te takie dwie na mnie patrzą. Pewnie wyglądam w nim głupio, tak sobie myślę”.
Patrzyły. Dwie inne kobiety. A w głowie mojej fryzjerki już zrodziła się obawa. Że oceniają. Ha, nie tylko oceniają! Krytykują spojrzeniem. Wydają negatywną opinię.
A one patrzyły.
Spytałam fryzjerki, czy nie sądzi, że mogły patrzyć, bo im się kapelusz spodobał. Może następnego dnia we dwie wybrały się na zakupy po taki. A może nie patrzyły na kapelusz, może patrzyły na to, jak ładnie prezentowała się jej torebka, buty. Zdziwiła się, zamyśliła. „Faktycznie, nie pomyślałam o tym. Tak mogło być…”, powiedziała w końcu.

Widzisz, tak mogło być. Pytanie tylko, dlaczego moja fryzjerka pomyślała o tej negatywnej możliwości?

Kiedy odbywała się ta rozmowa, zdaje się, że byłam uczennicą liceum siedzącą z nosem w książkach o tematyce psychologicznej. Myślałam o tym, jakie to niesprawiedliwe, że ludzie się tak oceniają. Że spojrzą w taki nieprzyjemny sposób. Dziś, po dobrych kilku latach, gdy piszę ten artykuł jako terapeuta, myślę o tym, jakie to niesprawiedliwe, że ludzie sami siebie tak źle oceniają.

Długi to będzie temat, tak czuję. Ale chyba warto go poruszyć. Długo też się do niego zbierałam, bo kiedy patrzę na datę zapisania pierwszego szkicu tego tekstu, widzę, że minęło blisko pół roku. Długo. Ale może i dobrze, że długo. Temat ważny. Musiał dojrzeć.

JAK CIĘ WIDZĄ, TAK CIĘ…?

Przedstawię Ci jedną sytuację. Pewna kobieta idzie do bankomatu. Ma 10 minut na odebranie gotówki, bo za chwilę jest umówiona do lekarza, u którego – o zgrozo! – akurat coś się zepsuło w terminalu. Przed nią w kolejce stoi druga kobieta, która ma czas. Nie spieszy się. Och, i musi załatwić kilka transakcji za jednym razem! Wypłata gotówki, sprawdzenie stanu konta… A to w ogóle dobrą kartę włożyła? Nie, nie tą stroną, trzeba jeszcze raz. I ten pin. Jaki był numer? Wolno, bo to nie wiadomo, czy na ekranie klikać, czy na klawiaturze. Ach, pomyliła się, nie ta cyferka. Jak się cofało?
A pani numer jeden przeżywa stres. Czekała na tę wizytę tak długo. Przecież poprzednie wyniki prezentowały się okropnie. Zdąży? A jeśli nie?

Pani numer dwa jest tragiczna. Wszystko jej idzie wolno. Co ona, bankomatu nie widziała? Flegmatyk. Zapominalski flegmatyk. A do tego wredny, bo przecież widzi, że tamta się spieszy. No widzi, nie? Każdy by się domyślił.

Powolna kobieta jest przy najbliższej okazji opisana koleżance jako największy horror tamtego dnia. Na pewno temat potoczy się dalej. Kosmetyczki to na pewno nigdy nie widziała. Takich butów dawno się nie nosi. I jeszcze…
No właśnie. Co jeszcze?

Pani numer dwa wyszła niedawno ze szpitala. Jej funkcje poznawcze nie działają wciąż w stu procentach poprawnie, ale daje radę. Jest wolniejsza, ponieważ mózg nie wrócił do pełni sił. Może to był udar? Uszkodzona kora przedczołowa? Przez to trudności z planowaniem czynności? Pani 1 nie zna jej historii, więc pewnie łatwo jej ocenić. Na bazie tego, co sama w danej chwili przeżywa. Czy to źle? Na pierwszy rzut oka tak, ale do tego jeszcze wrócimy.

Teraz łatwo nam skrytykować panią nr 1, prawda? Widzimy trochę więcej niż ona, znamy kawałek historii pani nr 2. Może nawet żal nam tej drugiej. To coś, z czym często można spotkać się na portalach społecznościowych. Ocenianie przez osoby trzecie, które widzą sprawę już po fakcie, może z obu stron.
Ale o czymś te osoby zapominają. Nawet nie tylko one. My wszyscy. Nie jesteśmy przecież święci.
Zapominamy o emocjach. W emocjach piszemy krytykę, wystawiamy opinię. I tu jest ten haczyk. Emocje przysłaniają coś bardzo ważnego – również emocje osoby krytykowanej, która uczestniczyła w danej sytuacji.

Pani nr 1 była rozemocjonowana, pamiętasz? Niekiedy emocje – czasem sytuacyjne, czasem wywołane hormonami, czasem wynikające z czynników osobowościowych itd. – przysłaniają wiele rzeczy. Dlaczego? Bo tak jest prościej. W mojej branży nazywa się to heurystyką. Czym jest heurystyka? Też zaraz powiem.

HEURYSTYKI, BIASY, ETYKIETY

Podziwiam, że wytrwałeś, mój drogi Czytelniku, do tego momentu. Mam nadzieję, że Cię nie nudzę, bo osobiście mam wrażenie przelewania na klawiaturę czegoś, co sama zgłębiam z pasją ;).

Dla szybkiego wytłumaczenia…
* HEURYSTYKI – uproszczone reguły myślenia, które pozwalają szybko wydać sąd bez analizy większości informacji.

Dlaczego korzystamy (tak, my wszyscy) z czegoś tak idiotycznego i nieracjonalnego, jak mogłoby się wydawać, jak heurystyki? To proste. Gdybyśmy analizowali wszystko, z czym się stykamy, bylibyśmy przeładowani ilością informacji. Mózg nam to ułatwia, w swojej, a więc i naszej obronie. Idziemy do sklepu po 12 godzinach pracy, więc automatycznie i zupełnie podświadomie wybieramy eko-płatki, które widzieliśmy w reklamie w przeciągu ostatniego dnia.

To samo dzieje się z oceną innych. Widzimy na ulicy osobę, której najbardziej rzucającą się nam w oczy cechą jest różowa kurtka (bo akurat tydzień temu sami zastanawialiśmy się nad kupnem czegoś różowego). Od razu etykietujemy „ten ktoś w różowej kurtce”. Jeśli przez ostatni czas obsesyjnie myślimy o schudnięciu, mamy naprawdę denerwujące na co dzień kompleksy przez swoją tuszę, spotkana w barze szczupła osoba będzie „tą chudą”. Jeśli bardzo cieszymy się z tego, że umiemy się zmotywować do treningów, że wręcz szczycimy się tym na prawo i lewo, nieco większa w obwodzie osoba będzie „tą grubą”.

Etykietujemy w myślach. Automatycznie, niechcący. Sęk w tym, żeby nie wydawać sądów słownie. Tych krzywdzących. Czy nie w tym rzecz? Zawsze można przemyśleć sprawę, zanim faktycznie zacznie się temat nadanej przez nas etykiety.
Ale etykiety same w sobie nie są złe. Po prostu ułatwiają nam funkcjonowanie. Mówię o tych etykietach, które tworzą się w myślach, nie tych, które wychodzą jako krytyka.

Wiesz, jest takie ćwiczenie, które stosuję w terapii. Bardzo je lubię. Jest ciężkie, ale wiele pokazuje. Ćwiczenie „Kim jestem?”. Ale o tym za chwilę.

Wracając do etykiet – chodzi o to, żeby umieć dostrzegać pozytywy, nie negatywy. Tylko jak to zrobić? Jak nadawać niekrzywdzące etykiety?

ŻYJEMY W OPINIACH

Chyba nie będzie przesadą, jeśli życie w opiniach nazwę wielkim problemem świata indywidualistycznego (z całym szacunkiem dla kultur kolektywistycznych – nie piszę o nich, ponieważ się nie znam).

Całkiem niedawno miałam przyjemność przeprowadzenia badań dotyczących zależności między temperamentem a gelotofobią (lęku przed wyśmianiem). Skutkiem ubocznym okazał się ciekawy – przynajmniej dla mnie – wniosek. Po porównaniu z badaniami prowadzonymi w innych krajach indywidualistycznych okazało się, że Polacy są bardziej narażeni na lęk przed wyśmianiem. Przyczyny są różne, choćby hierarchiczność (kto jest profesorem, kto doktorem), pamięć po wcale nie tak dawnych czasach podziału na klasy. Co chwilę chcemy się wpasować w jakieś schematy, zawsze jesteśmy niewystarczająco jacyś.

To się przekłada właśnie na to życie w opiniach. Tłumacząc – nie mamy o sobie własnego, niewymuszonego znikąd zdania. Przyjmujemy zdanie z zewnątrz. Fit-strona pokazuje Ci, że nie wpasowujesz się w schemat idealnej sylwetki. Eko-strona udowadnia, że zawsze jest coś nie tak z twoją dietą. Motywator po raz enty mówi „Dasz radę! Możesz więcej!”. Tak… właśnie. Więcej… więcej… więcej…
To kiedy w ogóle jesteśmy wystarczający?

Z racji bycia „fit-stroną” od razu się usprawiedliwiam – nie popieram takiego działania, a fitness w swojej definicji oznacza zdrowie. Dlatego też poruszam kwestie psychiki, tak ważnej w ogólnym zdrowiu.

Do meritum (uwielbiam dygresje). Życie w opiniach oznacza robienie wielu rzeczy po to, żeby się przypodobać. Wiesz, co pod tym wszystkim się kryje?

„KIM JESTEM?”

Jak już wspomniałam, bardzo lubię wykorzystywać tę technikę. To prosty test. Weź kartkę, wypisz pionowo cyfry od 1 do 20. Zapisz u góry pytanie „Kim jestem?”. Wydaje się banalne, prawda?

Ja utknęłam przy dziesiątej pozycji, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym testem. Pamiętam swoje rozbawienie: naprawdę nie wiem, kim jestem? Przecież jest tyle określeń!

Wypisujesz to i zaczynasz się zastanawiać. Ale ja serio tak o sobie myślę? A może to ktoś mi powiedział, że taki jestem? I to jest ten moment kluczowy. Ty naprawdę taka, taki jesteś? Czy ktoś tak sądzi?
Ile razy czułeś się niesprawiedliwie oceniony? Ile razy słyszałaś o sobie bzdury?

Życie w opiniach nie jest fajne. Wiesz to. Tylko co z tym zrobić?

JAKIE JEST TO „JA”?

Jesteśmy istotami społecznymi. Żyjemy w grupach: rodzinach, klasach, zespołach, w towarzystwie przyjaciół… Zawsze będziemy słyszeć „nie przejmuj się, oni tak tylko gadają”. I prawdopodobnie często możemy się tak czy inaczej przejmować tym „tylko gadaniem”. Nic w tym złego. Z tym się wiąże życie w grupie. A jak już mówiłam, wszyscy korzystamy nieświadomie z heurystyk, mamy miłe i niemiłe etykietki.
Tylko teraz pytanie – naprawdę trzeba mieć same miłe?

Tutaj temat dąży oczywiście do samoakceptacji, czyli czegoś, co jest nam wszystkim bardzo potrzebne. Pamiętam, że kiedyś coś o samoakceptacji pisałam na Fitnesowni, ale szczerze mówiąc, chętnie napiszę jeszcze raz, po wielu latach, kiedy wiedzę mam nieco większą i być może bardziej adekwatną (choć przyznaję, pewnie po latach uznam, że tyyyle można by jeszcze dopisać!).

Rzecz jest w tym, że mamy takie trzy poziomy „ja”. Ja idealne, ja powinnościowe i ja realne. Zacznijmy od ostatniego. Ja realne to to najbardziej rzeczywiste, odnoszące się do informacji na własny temat. Ja idealne to to, jacy chcemy być. Powinnościowe – jacy, swoim zdaniem, powinniśmy być. Nie chcę się tu rozwlekać na temat każdego z osobna, bo to nie tu na to miejsce. Chodzi mi tylko o to, że schody zaczynają się w momencie, kiedy ja realne i ja idealne są daleko od siebie.

Pierwsza myśl: „jestem do dupy”. Bo nie spełniam swojego ideału. Bo nie podołałem własnym oczekiwaniom (własnym czy innych?). Pomyślmy od drugiej strony – stworzona wizja ideału jest do dupy. Nadal jesteś pewien, że chcesz dążyć do nierealistycznego ja idealnego? Nadal jesteś pewna, że ja idealne nie powinno wyglądać inaczej?

Ja idealne zmienia się w momencie, kiedy zaczynasz dostrzegać swoje cechy, wydawać opinię własną na temat siebie samego. Dlaczego? Dlatego, że ja idealne tworzy się wówczas z polepszenia cech, które już mamy. A nie z tych, które wykreowane są przez opinię. „Musisz mieć talię mniejszą od szerokości A4” – mówi opinia z zewnątrz. „Nie mam predyspozycji do tego” – odpowiada ja realne. Ja idealne zaczyna podążać „skoro nie mam predyspozycji do wielkiego wcięcia w talii, nie muszę się tym zajmować. Zajmę się tym, żeby być zadowolonym z wyglądu mojego brzucha. Takiego, jakim jest. Wykorzystam jego potencjał. Nie potencjał czyjegoś brzucha z głęboką talią”.

Czujesz to? Ja nie raz poczułam tę presję. Miałam być taka, jaka nie jestem. Zaprzeczyć swojej osobowości, swojemu temperamentowi. Kiedyś już walczyłam z depresją. Nie chciałabym nigdy więcej. I wiem, że nikt w rzeczywistości nie chce mieć tej depresji. Zmiana myślenia o swoim ja idealnym to jeden z kroków profilaktyki, tak to nazwijmy. Trochę żartobliwie, trochę nie.

NIE OCENIAJ MNIE? NIE OCENIAJ NIKOGO?

Oceny tak czy inaczej wydajemy. Taki jest system naszego mózgu, tak działa nasz system poznawczy. Musimy coś skatalogować, nazwać, nakleić etykietkę. Nie ma w tym nic złego. O ile nie jest to krzywdzące.

Pamiętasz panią nr 1? Nie mogła się doczekać wypłaty z bankomatu. Teraz łatwo nam ją ocenić negatywnie. Ale pamiętasz też, co pisałam o emocjach? Pamiętasz, że była bardzo zdenerwowana? Jej automatyczne procesy nadawania etykiet były wzmożone przez stres. Ten zły stres, negatywny. Więc etykiety też były negatywne.

A co z sytuacją mojej fryzjerki? Pamiętasz te dwie, które patrzyły? Dlaczego ona pomyślała od razu o negatywnej opinii? Cóż, prawdopodobnie sama czuła się niepewnie. Włożyła kapelusz z większym rondem, wyróżniała się. Czuła się odkryta. I nie była gotowa na przyjęcie przez społeczeństwo. Bardzo możliwe, że gdyby sama była przekonana o tym, że wygląda fenomenalnie, nie przejęłaby się spojrzeniami tych dwu pań. Albo nadałaby im cechy zazdrości lub podziwu. Te same spojrzenia. Różny odbiór. Tylko poprzez własne odczucia na temat swojego wyglądu.

Wychodzenie z życia w opiniach innych, czyli budowanie pewności siebie (bo na tym ono polega, na świadomości własnych cech), nie jest kwestią motywacyjnej mówki pod hasłem „wyjdź ze swojej strefy komfortu”. Na marginesie – skręca mnie na myśl, jak okropnie to brzmi. To proces. Czasem bardzo długi, czasem bardzo trudny. To mierzenie się z opinią społeczną i absolutnie nie wychodzenie ze strefy komfortu, a poszerzanie jej lub w ogóle budowanie od zera.
Bo wiesz, kiedy jest dobrze? Właśnie wtedy, gdy czujesz się komfortowo. Gdy czujesz się dobrze z samym sobą. Gdy nie jesteś pod presją kompleksów. To jest komfort. I to jest cel.

Co się stanie, kiedy będziemy próbowali zbudować swoje ja idealne na nowo? Kiedy zaczniemy dostrzegać swoje cechy i się z nimi zaprzyjaźniać? Jak myślisz?

Skupiając się na kupnie różowej kurtki, zauważamy różową kurtkę jako pierwszy plan innej osoby. Skupiając się na chudnięciu, zauważymy jako pierwsze szczupłą sylwetkę kogoś trzeciego. Co się stanie, kiedy będziesz skupiać się na dostrzeganiu własnego potencjału?

Czując się dobrze z samym sobą, zaczynamy nadawać milsze etykiety innym. Przestajemy też przejmować się tak bardzo krytyką, nie podpasowujemy się pod narzucane schematy, bo mamy już własne.

Fajne plusy. Fajnie brzmią. Ale jak mówiłam, to nie kwestia pstryknięcia palcami. Nie piszę tego, żebyś wstał teraz od ekranu i stwierdził „zmieniłem swoje myślenie”. Moim zadaniem było tylko wytłumaczenie kilku kwestii. Ale czasem dobrze o tym wszystkim wiedzieć, czasem wtedy jest łatwiej kierować swoje kolejne kroki. Czasem też nie wystarcza to wszystko, o czym pisałam. Niekiedy droga do pewności siebie zahacza o osoby, które muszą pomóc. O terapeutę, o lekarzy…

TEŻ BYŁAM OCENIANA

Jak każdy. Nadal jestem. Chciałabym niedługo coś więcej o tym napisać, ponieważ łączy się to z dość nieprzyjemną historią, przez którą byłam tu nieobecna prawie dwa lata. Jestem pewna siebie. Jestem optymistycznym ekstrawertykiem. To czasem mówi za wszystko. Ale wiesz co? To nie znaczy, że zawsze taka jestem. Że niektóre opinie nie bolą. Że od czasu do czasu nie pojawiają się drobniejsze kompleksy.

Piszę to po to, by Ci powiedzieć, że nie jesteś sam. Po to, by zaznaczyć, że to nie kołczingowy ideał, który osiągasz i już zawsze jest wszystko super. Zmieniamy się. Na przestrzeni lat, miesięcy czy nawet dni. Oceny zawsze będą wydawane wobec nas i my zawsze będziemy wydawać je wobec innych.

Życzę nam wszystkim sukcesu. A jako sukces nie postrzegam osiągnięcia perfekcyjnej harmonii między ja realnym i ja idealnym. Sukcesem jest podjęcie działania w tym kierunku. W kierunku budowania swojego komfortu ;). Swojego dobrego ja, które będzie z nami zgodne.

SM ;*

Print Friendly, PDF & Email