Zacięta walka

Miałam ostatnio troszkę czasu, więc przejrzałam z ciekawości, co tam słychać na fejsbukowych stronach trenerów, których dawno nie odwiedzałam. I to właśnie mnie zmotywowało do napisania tego artykułu. „Walczę, nie poddaję się”, „nadal walczę”, „walczę od roku”… Takich komentarzy się naczytałam. Niby nie ma w tym nic wyjątkowego, prawda? Tak się przecież mówi, tak wszyscy piszą. A w mojej głowie zrodziło się pytanie: „Z kim walczysz?”.

Motywacja

Ach, motywacja! Cóż za piękna rzecz. Sęk w tym, że motywacja ma swoje dwa oblicza. Kojarzysz taki model szefa, który stoi nad pracownikiem i cały czas mówi mu, co zrobić? „Na poniedziałek, na wczoraj, na teraz, na już”. „Dobrze, ale stać cię na więcej”. „Ujdzie, ale jak zostaniesz dzisiaj trzy godzinki dłużej, dopracujesz to”. „Na co ty wykorzystujesz te nadgodziny? Nie dajesz rady w dzień? A od czego jest noc?!”. Tak, to jest motywacja. Ha, ma się z niej profity! Jakąś premię, gadżecik, awans, wolne w Wigilię (wow). Motywacja, którą najchętniej nazwałabym ASAP. Ale do tego wrócimy.

Jest jeszcze ta druga motywacja. „Okej, może nie dałaś teraz rady, ale nic straconego. Zyskałaś z tego radość. To już duże osiągnięcie”. „Jesteś dobry w tym, co robisz. Nie w tym, co robi X, U czy B. Jesteś dobry w swojej dziedzinie i to cię czyni wyjątkowym”. Tę motywację najchętniej określiłabym hasłem brawo.

Niech zgadnę – pomyślałeś, że pierwszy rodzaj motywacji jest okrutny i w ogóle nie powinien mieć miejsca, nie? Widzisz, tak to jest. Wszystkim nam się wydaje, że my byśmy nie dali się wrobić w coś takiego. Jednak nawet nie zauważamy, kiedy nas wciągnięto w to koło. Gonimy za marchewką, którą jest premia, awans… a może 20 kilogramów mniej. Wówczas nikt już nie zauważa, że szef stoi nad nami i żąda na już, na wczoraj. ASAP.

ASAP

Na jednej ze stron, o których wspomniałam, było wstawione zdjęcie spektakularnych efektów osiągniętych z programem w aplikacji trenerki. Posypały się gratulacje i hasła, jakie również już przytoczyłam. Te o walce. Pojawił się też komentarz, który mnie zasmucił. Brzmiał mniej więcej tak: „trenuję z tobą już od kilku miesięcy, trzymam się twojej diety, ale cały czas nie ma efektów. Muszę mocniej walczyć”. Odpowiedź trenerki była następująca: „Nie poddawaj się, możesz bardziej”.

Czujesz, co chcę Ci pokazać? Jeśli ktoś trenuje przynajmniej trzy razy w tygodniu, a tym bardziej jeśli robi to często i intensywnie, dodatkowo je zdrowo, dba o te dwa aspekty, logiczne jest, że powinien utrzymywać odpowiednią wagę i mieć prawidłową sylwetkę. Skoro tego nie ma, prawdopodobnie problem leży gdzieś indziej. Nie w diecie, nie w treningu. Może w hormonach? Może w ilości stresu? Może po prostu warto się przebadać?

Jednak tutaj nie było tej propozycji. Nie, nie. Walcz bardziej. Efekty mają być tak szybko, jak to możliwe. Nie ma efektów? Nie starasz się. Postaraj się bardziej.

No serce mi krwawi, jak sobie to wyobrażam. Auć. Tak się nie robi. Nie tędy droga. Halo, halo! Pora się obudzić. Potrzebujemy motywacji brawo. Nie ASAP.

Brawo

Motywacja pozytywna, ta, która działa budująco, nigdy nie będzie wymagać niemożliwego. Co powinna usłyszeć/przeczytać tamta kobieta? „Spokojnie, to, że nie osiągasz wyznaczonego celu, nie znaczy, że nie starasz się wystarczająco. Spróbuj dowiedzieć się, gdzie może leżeć przyczyna problemu. Dbaj o siebie”.

I tu się na chwilę zatrzymam. „Dbaj o siebie”. Widzisz, w pewnym momencie człowiek zaczyna traktować się jak maszynę. W końcu się uda, tylko musi zrobić więcej. Na pewno wykrzesa z siebie więcej czasu, energii… i stresu, ale co tam, na pewno warto. To jak podchodzenie do rzeźby z dłutem. „Wyciosam z ciebie to, co chcę”.

Masa, forma… rzeźba

Co robisz? Masę czy rzeźbę?
Niewinny tekst lub żarcik, różnie bywa ;). Tutaj jednak mówię o rzeźbie w nieco innym znaczeniu.

Kiedy rzeźbiarz ma przystąpić do pracy, zaczyna od zera. Nie rzeźbi nowego kształtu z już wykonanej rzeźby. Wyobraź sobie, że jesteś tym rzeźbiarzem. Swoje dzieła rzeźbisz w bryle. Z pewnością są zadziwiające, piękne, oryginalne. Te rzeźby to Twoja praca, Twoja edukacja, Twój związek, może talenty, zdobyte umiejętności… wszystko to, w co włożyłeś wysiłek. Ale najtrudniejszym z dzieł jest to, które łączy w sobie wszystkie pomniejsze – Ty.

Masz konkretne cechy, nie jesteś nieforemną bryłą. To wydaje się oczywiste. Okazuje się, że nie do końca tak jest. Nie chcę nikogo porównywać do przedmiotu, jakim jest materiał do rzeźbienia, mimo to wszyscy dobrze wiemy, że rzeźbi się w różnych rzeczach, prawda? Te rzeczy mają jakiś swój potencjał – są miększe lub twardsze, w jednych z łatwością zaokrąglimy brzegi, w innych niekoniecznie. Do czego zmierzam? Do tego, że podobnie jest z ciałem.

Frustracja

Staram się znaleźć odpowiednie słowo i, szczerze mówiąc, idzie mi beznadziejnie. Mam nadzieję, że mimo wszystko się zrozumiemy.
Sprawa polega na tym, że każde ciało ma jakiś swój potencjał, jakieś możliwości (zanoszę modły o pasujący synonim!). Na przykład niektórzy nie muszą trenować, żeby ich uda wyglądały na umięśnione. Inni nie będą musieli zbyt długo starać się o widoczne mięśnie na brzuchu. Jeszcze inni mogą trenować bez końca, a pośladki jak były płaskie, tak zawsze takie pozostaną.

Stąd bierze się cała masa frustracji. A nie, przepraszam. Nie do końca stąd.

Frustracja rodzi się w momencie, w którym zależy nam na osiągnięciu niemożliwego celu, który za to osiągają z łatwością inni. Nic w tym fajnego. Ale bądźmy szczerzy – gdyby nie było wzorca promowanego jako ten właściwy, problemu też by nie było.

Od dawien dawna jakaś sylwetka była szczególnie wyróżniana. Kiedyś królowały tak zwane rubensowskie kształty, jeszcze nie tak dawno temu chodziło o to, żeby po prostu być jak najchudszym, aby wcisnąć się w bardzo (naprawdę bardzo) niskie biodrówki.
No dobra. Pewnie dla niektórych to było dawno.
Dzisiaj szczególnie pożądaną wydaje się sylwetka z mocno wytrenowanymi pośladkami i płaskim brzuchem. Och, ileż kobiet do tego dąży!

Potencjał

No ale widzisz, masa osób chce, a przecież nie wszyscy mogą. Czy tak trudno jest wziąć pod uwagę naszą inność? Wszyscy się od siebie różnimy, co nie znaczy, że nie możemy osiągać swoich różnych celów i czuć się dobrze we własnej skórze.

Sęk w tym, że wielką rolę odgrywa tu akceptacja. Pamiętasz, jak w poprzednim artykule o ocenianiu innych pisałam o różnych wersjach „ja”? Idealnym, powinnościowym i realnym? Nie chcę się powtarzać, więc odsyłam Cię do –> ARTYKUŁU <–. Skrótowo mówiąc, fajnie jest, jak ja realne (czyli to, jacy jesteśmy w rzeczywistości) nie było zupełnie różne od ja idealnego (czyli tego, jacy jesteśmy w swoich największych marzeniach). Mówiąc jeszcze krócej – fajnie jest, jak nasze marzenia da się zrealizować.

Nie chcę się tu mocno rozpisywać o tej potencjalności, bo chciałabym już dziś zapowiedzieć Ci następny artykuł w tym właśnie temacie. Jednak widzisz – ciało ma jakiś potencjał/możliwość wyglądu. Nie odbierz tego źle, nie chcę, aby słowo „potencjał” wyrażało jakąś konieczność dążenia do czegokolwiek.

Rzecz w tym, że jesteśmy tak różni, że naprawdę nie każdy osiągnie kaloryfer, duże pośladki czy szeroką klatę. Mamy swoje ograniczenia. To tak samo jak z innymi rzeczami, które wydają się bardziej oczywiste – nie wydłużymy sobie nóg, nie zrobimy na siłę 50 cm w talii. To, co tu jest najtrudniejsze to to, że te ograniczenia trzeba zaakceptować i zauważyć cechy, jakie – o ile jest taka chęć – można wypracowywać. Powtarzam – nie mówię, że trzeba!

Pani X pracowała długo nad swoimi pośladkami. Nie udało się z jednym trenerem, z drugim, najdziwniejsze ćwiczenia z obciążeniem czy bez nie poskutkowały. Pośladki nadal są prawie płaskie. Ale pani X w pewnym momencie uczy się (może sama, może dzięki terapii, może dzięki właściwemu trenerowi czy budującej rozmowie), że duże pośladki nie leżą w potencjale jej ciała, co wcale nie jest złe. To jest normalne, wiele osób tak ma. Pani X wie już, że nie musi mieć napompowanych pośladków. Jasne, bardzo chciała, ale zauważa, że w sumie skoro nie może mieć tego, to skupi się na innej części. W zasadzie jej brzuch wydaje się dość mocny. Dopracuje go.

Widzisz? Pani X akceptuje już swoje ciało i swoje możliwości, a ponieważ zależało jej na tym, żeby pracować nad tym ciałem, skupiła się na części, która ma szansę dać jej upragniony cel.

Potencjał potencjałem, ale…

Bywa też tak, że w osiąganiu treningowych celów nie przeszkadza nam fizjonomia, ale zupełnie co innego. Wróćmy do sytuacji z początku artykułu. Gdzie leży błąd?

Już Ci mówię. Błąd leży w bezcelowym katowaniu się, kiedy źródło jest gdzieś indziej. To przypomina mi trochę moją własną historię. Długo nie osiągałam żadnych efektów, waga stała w miejscu. I to w takim miejscu, że było to dziwne dla osoby, która tyle trenowała i jadła prawidłowo. Wiele razy słyszałam „ale o co ci chodzi? Przecież jesteś szczupła, dobrze wyglądasz”. No tak, fajnie, ale przecież widzę, że coś jest nie tak. Nie to, że nie byłam zadowolona ze swojego wyglądu – był w porządku. Po prostu patrząc na własną fizjonomię, dietę i treningi, sprawa powinna wyglądać inaczej.

Badałam się. Długo. Problem przerzucił się na wiele innych aspektów życia (to jeden z powodów, dla których nie pisałam na Fitnesowni). W końcu udało się ustalić przyczynę, dostałam leki. I wiesz co się stało? Po wielu latach moje ciało ruszyło. Powoli zaczęło dostosowywać swój wygląd do mojego stylu życia. Nadal nad tym pracuję, leczę się od niedawna, ale moje ciało wreszcie zaczyna wyglądać prawidłowo. To nie znaczy, że jest kaloryfer, nie, nie o to chodzi. Jest zdrowie. To jest sedno sprawy.
Chciałabym Ci kiedyś o tym opowiedzieć, o całej tej historii, ale daj mi czas, muszę do tego zebrać myśli, ponieważ to nie jest łatwy temat.

Prawdopodobnie kobieta, która tak się stara, ale waga i wygląd ciała stoją w miejscu, problem powinna upatrywać gdzieś indziej. Pamiętaj – zdrowie jest najważniejsze i regularne badania to podstawa.

Niemiłość

Wiele profilów trenerskich mówi o akceptacji i miłości do siebie, ale jest jeszcze więcej osób, które, jasne, chciałyby się akceptować i kochać, ale swój „idealny”, wymarzony wygląd traktują jako warunek tej akceptacji i miłości. W tym momencie rodzi się walka. Nie o siebie. Walka z sobą.

To jest to rzeźbienie kurczaka z rzeźby konia. Rzeźbienie czegoś innego z zupełnie odmiennej rzeźby. „Nie chcę siebie takiej. Chcę inną siebie”. Wszystko to kryje się pod tym hasłem walki. „Nadal walczę”. Proszę, powiedz, że walczysz o siebie. Siebie! Taką, jaką jesteś ze swoimi potencjałami i ograniczeniami. Nie na siłę o inną siebie.

To taka niemiłość. Nie nienawiść do własnego ciała. Ale niemiłość. „Teraz nie mogę się akceptować, kiedy jestem gruba”. Tak, wiele razy to słyszałam. A co powiesz na to, że to działa na odwrót?

Prawdziwa walka

Jasne, czasem jest tak, że zacznie się trenować, bo walczy się ze sobą, ale treningi uczą własnego ciała, cierpliwości i miłości do tego ciała, co skutkuje tym, że walka ze sobą zamienia się w walkę o siebie. To to, o co chodzi wielu trenerom. Przyznaję, to mój przypadek. Tak się u mnie zaczęło i w dużej mierze treningi pozwoliły mi poznać samą siebie i swoje możliwości, a także zwrócić uwagę na własne zdrowie.

Jednak nie u wszystkich tak to wygląda. Niekiedy to cały czas jest walka przeciw sobie, a czytanie „motywacyjnych” tekstów nie działa pozytywnie, a tak, jakby coś nakazywały. Jakby zaznaczały, że „musisz być szczupła, z tyłkiem i kaloryferem”.

Jak już mówiłam, to droga przez akceptację. A więc jeśli chce się faktycznie osiągnąć miłość do siebie, chce się być zadowolonym ze swojego wyglądu, z siebie, nie da się inaczej, jak najpierw właśnie zaakceptować siebie. Czasem to nie jest tylko mata i ciężarki. Serio, niekiedy warto zgłosić się na terapię, przejść swoją drogę.

MAM ciało, nie JESTEM ciałem

To droga poprzez naukę akceptacji swoich ograniczeń, swoich możliwości, pokochania tak zwanych ‚niedoskonałości’ (nie lubię tego określenia), zrozumienie ich, przyjęcia jako coś wyróżniającego, wyjątkowego. To droga przez wyrozumiałość i cierpliwość. Przez zrozumienie, że MAM ciało. To ciało jest MOJE. I że je KOCHAM i AKCEPTUJĘ. Że będę o nie DBAĆ. Bo jest tylko JEDNO takie. Jest WYJĄTKOWE. Jest NIEPOWTARZALNE.

To jedyna droga, aby naprawdę osiągnąć prawdziwe cele. Aby być z nich zadowolonym. Aby je w ogóle wyznaczać w prawidłowy sposób.

Walczę nie dlatego, że się nie akceptuję. Walczę nie dlatego, że chcę być kimś innym. Walczę nie dlatego, że ktoś mi narzucił, jaki mam być.

Walczę, bo się kocham. Walczę, bo się szanuję. Walczę o siebie. Bo chcę.

Życzę nam wszystkim miłości do siebie i naszych ciał. Akceptacji i wyrozumiałości, a także zdrowia. To ono jest priorytetem :).
Do zobaczenia!