Sissi. Cesarzowa fitnessu

Przyznaję – historia to mój konik, choć długo się z nią kłóciłam ;P. Jeśli są tu również gimnazjaliści (lub uczniowie podstawówki) albo licealiści, wierzcie mi, historia w szkole ssie i nie jest prawdziwą historią ;). Dlatego, nawet jeśli twierdzisz, że to będzie zwykła lekcja takiej tam historii, grubo się mylisz. Nie bez powodu piszę o cesarzowej Elżbiecie właśnie tutaj, na Fitnesowni. Otóż to ona jest prekursorką aktywności fizycznej. Ba! Była jedyna w swoim rodzaju, łamała reguły, pokazywała, że KOBIETA POTRAFI. Zdecydowanie wyłamywała się z tłumu i przez to była wytykana palcami na dworze, uznawana za wariatkę. Dziś chciałabym Wam przybliżyć jej postać, zarówno z tej części urodowej, jak też ogólnie z życia. W końcu chodzi o kobietę opisywaną jako prawdziwą PIĘKNOŚĆ!

Chłopczyca
Nie da się ukryć, że mała Sissi, jak nazywano pieszczotliwie bawarską księżniczkę Elżbietę, była córeczką tatusia, który zresztą uwielbiał polowania. Stąd też wzięła się jej umiejętność jazdy konnej. Uwielbiała konne przejażdżki, aktywne gry i czas spędzony na powietrzu. Niezwykle nudziły ją lekcje, w szczególności wolne tańce, które nie wyrażały żadnych emocji, a jedynie dumę i spokój. Najwidoczniej nie przejmowała się jakoś szczególnie swoją pozycją społeczną i zdecydowanie wolała spędzać czas aktywnie, na słońcu, na jeździe konnej, co raczej nie było mile widziane w dostojnej szlachcie.

Gdy księżniczka była dzieckiem, przypominała bardziej chłopca z pyzatą, okrągłą buzią. Jej legendarna wręcz uroda rozwijała się niezwykle wolno. Nikt więc nie przypuszczał, że z chłopczycy wyrośnie światowa piękność. Wszyscy zwracali raczej uwagę na jej starszą o trzy lata siostrę, Helenę, uznawaną za najbardziej urodziwą niewiastę w całej rodzinie. Ba! To właśnie Helenie miał się oświadczyć cesarz Austrii Franciszek. Kto by pomyślał, że w Bad Ischl na uroczystości zaręczyn monarcha wybierze młodszą – wówczas piętnastoletnią – siostrę Heleny, Elżbietę, której uroda zaczęła się niespodziewanie uwidaczniać. Sama Sissi była niezwykle zaskoczona tym zwrotem akcji.

Dziwadło
Gdy Sissi przybyła do Wiednia do pałacu Hofburg, zaczęła swoje restrykcyjne diety, które często przybierały postać głodówek. Cesarzowa odmawiała deserów i innych słodyczy, nie piła porannej gorącej czekolady, która panowała na dworze austriackim od wieków. Zamiast tego jadała jeden posiłek w ciągu dnia, w którym wszystko musiało być surowe – surowe mięso, surowe warzywa i owoce. Musicie sobie wyobrazić reakcje rodziny królewskiej ;).

No i uwaga, uwaga… Wymiary monarchini są naprawdę porażające. Kiedy Sissi skończyła rosnąć, miała 172 cm wzrostu (czyli nieco więcej niż jej mąż, co usilnie ukrywano na obrazach), jej waga krążyła przy 50 kilogramach, a talia… Jak myślicie? ;P 50 cm. Dla porównania: Marilyn Monroe 63,5; Ewa Chodakowska 65. Pomyślicie, że przegięła, jednak musimy pamiętać, że nasza Elżbieta żyła w XIX wieku, gdzie ona sama wyznaczała sobie granice, bo wówczas kobiety raczej nie myślały o dietach, a aktywność fizyczna to już w ogóle była abstrakcja. Spacery po dworze? Podróże? Przecież skóra powinna być biała! Tak, tak, takie było ówczesne postrzeganie. Sissi była więc dla nich dziwadłem. Nie znała jednak odpowiednich proporcji, nikt nie wyznaczał, ile się powinno ważyć przy danym wzroście. Skąd miała to wiedzieć? Kreowała więc najlepszą wersję siebie wg własnej opinii.

Mąż, teściowa… czyli fakty i mity
Nie mogę nie wspomnieć o jej relacjach z rodziną ;). Krążą słuchy, że miała okrutną teściową, a z mężem łączyła ją ogromna miłość. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że obie te relacje zostały wykreowane na potrzeby filmu z 1955r., w którym w samą cesarzową wcieliła się Romy Schneider. Po co? Po pierwsze – żeby wszyscy pokochali Sissi jako niewinną, uroczą dziewczynę; po drugie – żeby zakończyć nieprzyjemne opowiastki o skandalicznej monarchini. Tak, tak, złośliwe pamflety rozpowszechniły, iż młodziutka Elżbieta rzekomo nie chce swoich dzieci, że nie umie wpasować się w życie dworskie… Co więcej, że nie okazuje żadnych uczuć swojemu kochanemu mężowi.

W rzeczywistości arcyksiężna Zofia uwielbiała swoją synową, czego można się dowiedzieć, spacerując po muzeum Pałacu Hofburg ;). Okej, dobra. Zrobiła swoje błędy, bo zabrała dzieci Sissi, żeby je wychować osobiście. Jednak sama cesarzowa, jak można teraz oceniać, przeżywała swego rodzaju baby blues (nie dziwię się, bo wyszła za mąż w wieku 15 lat i od razu rodziła czwórkę dzieci jedno za drugim). Mimo wszystko to właśnie teściowa, widząc jeżdżącą konno Sissi, powiedziała: Oto cesarzowa, która zachwyca wszystkich. To dla niej ich podziw, to ona jest dla nich idolem.

Co do cesarza: był zachwycony swoją Sissi. Może i ona z początku powiedziała: Oczywiście, że go kocham! Jak mogłabym go nie kochać?, dodając po chwili: Gdyby tylko nie był cesarzem… Jednak znów muszę przypomnieć – miała wówczas piętnaście lat! No i dobra, trafiła na dwór, gdzie musiała choć trochę trzymać się sztywnych zasad, szybko dorosnąć, nie biegać, nie wymykać się do koni… To ją przytłoczyło. I choć z początku była prawdziwie zauroczona Franciszkiem, po tym uczuciu zostało przyzwyczajenie i troska, jednak sama cesarzowa kojarzyła go raczej z obowiązkami i dworem niż ze wspaniałym partnerem.

Bądź co bądź, cesarz wciąż mówił, że kocha swoją żonę. Opiewał jej urodę, w swoim gabinecie przed biurkiem miał jej portret. Był w nią zapatrzony jak w obrazek. I może tu też był błąd. Nie rozmawiali ze sobą zbyt często, on prawie jej nie znał. Skupiał się tylko na jej niezwykłej urodzie. Czyżby kochał iluzję, którą sam sobie stworzył, czy prawdziwą Sissi?

Uroda i fitness
Elżbieta miała niebywale długie włosy (podobno sięgały jej do pięt), które były tak ciężkie, że musiała od czasu do czasu podtrzymywać je wstążką. Wstawała o wczesnych godzinach porannych, aby odbyć całą toaletę, a także zrobić trening, co zajmowało dobre kilka godzin. Poniżej na zdjęciu widać dwa krążki, które cesarzowa wykorzystywała do podciągania i robienia brzuszków w zwisie, a także do rozciągania. Mamy również drabinkę i drążek. Cesarzowa posiadała też ciężarki. Wierzcie mi, ta kobieta naprawdę sobie nie odpuszczała. Możemy sobie tylko wyobrazić, jak jej ciało musiało być wyćwiczone. Codzienne treningi, jazda konno… No, może poza tymi dietami ;).

Mądra i uparta
Zamiast herbatek z dostojnymi damami w altanach z różanym zwieńczeniem w Pałacu Schönbrunn Sissi wybierała lekcje języków. Jaki skandal wywołała, decydując się na naukę węgierskiego, czyli języka największego wroga! Zaraz potem wyjechała na Węgry, zjednała sobie tamten lud i to ona doprowadziła do sojuszu, wobec którego stała się królową Węgier, obsadzając jako króla swojego męża. Zdolna babka, co? ;P

Poza tym wszystkim była również poetką. Pisała „do szuflady” i moim zdaniem wychodziło jej to świetnie. Niemniej jednak złośliwość ludzi nie zna granic, więc była oczerniana jeszcze przez ponad pół wieku od swojej śmierci, dopóki nie nakręcono filmu „Sissi” w 1955r.

Dzisiaj byłaby cenioną kobietą
Niezwykła piękność zginęła zasztyletowana 10 września 1898 roku podczas spaceru w jednej z podróży. Choć sama nie darzyła swojego męża wspaniałą miłością, troszczyła się o niego i gdy go opuściła na rzecz poznawania świata i tej prawdziwej miłości, sama zainicjowała jego spotkanie ze swoją znajomą, z którą cesarz Franciszek do śmierci pozostał w przyjaźni. Był jednak platonicznie zakochany w swojej Sissi, dlatego niezwykle ciężko zniósł wieść o zamachu na jej życie. To nie był pierwszy cios w życiu monarchy. Razem z żoną cierpiał, gdy najpierw zmarła ich mała córeczka, a potem syn Rudolf popełnił samobójstwo, nie mogąc pojąć za żonę miłości swojego życia.

Ciekawostki ciekawostkami…
Raczej nie biorę na serio informacji o kontrowersyjnych zabiegach urodowych tejże cesarzowej. Wszystko, co Wam tutaj piszę pochodzi z książki zakupionej w Hofburgu „The reluctant empress” Brigitte Hamann, którą serdecznie polecam zainteresowanym (o ile ktoś chce poznać tę PRAWDZIWĄ historię) ;), oraz część wiedzy zgarnięta jest prosto z samego Wiednia z obu pałaców. Tej raczej ufam ;P.

Sissi nazywała się dokładnie Elisabeth Amalie Eugenie z linii Pfalz-Zweibrücken-Birkenfeld-Gelnhausen rodu Wittelsbach. Byłą księżniczką bawarską, cesarzową Austrii i królową Węgier. Urodziła się 24 grudnia 1837 roku, a zmarła 10 września 1898. Jej mąż – Franz Joseph I – był jej bratem ciotecznym, czyli synem siostry matki.

Gdy Elżbieta nie mogła już uprawiać jazdy konnej, zajęła się szermierką i dalej trenowała w swoich komnatach. Pod koniec swojego sześćdziesięcioletniego życia zamieniła to wszystko na długie spacery.

Sissi została uznana za najpiękniejszą kobietę na świecie, czego – jako jedyny monarcha – nie poparła angielska królowa Wiktoria. Szach perski powiedział o niej tak:

To najbardziej czarująca ze wszystkich znanych mi kobiet. Co za godność! Co za śmiech! Co za dobroć! Jeśli tu wrócę, to tylko dlatego, by ją jeszcze raz ujrzeć.

Cesarz niemiecki Fryderyk III opisywał Sissi w jeszcze inny sposób.

Cesarzowa nie siada, tylko majestatycznie zajmuje miejsce; nie wstaje, tylko się podnosi; nie chodzi, tylko kroczy z godnością. Jej pojawienie się wprawiło mnie w niemy zachwyt.

Nie bez powodu piszę dziś o Sissi. Była prekursorką aktywności fizycznej! W swoich czasach w całej Europie była zdecydowanie jedyną taką władczynią. Polecam wszystkim zapoznać się z jej życiem, nawet z trzyczęściowego filmu z Romy Schneider, choć nie ukazuje on całej prawdy ;).

Dziś właśnie przypada 119 rocznica zamachu na jej życie. W grudniu, w wigilię świąt Bożego Narodzenia, nadejdzie 180 rocznica jej urodzin. Myślę, że warto wiedzieć co nieco o takiej osobie.

Mam cichą nadzieję, że ten artykuł, choć inny od wszystkich, spodobał się Wam i zainteresowałam Was postacią Sissi :).

SIŁOWNIA – z czym to się je?

Jedni, gdy słyszą słowo „siłownia”, reagują zachwytem, inni pogardą. Generalnie mamy taki dziwny obraz tej siłowni w swoich głowach. Że tam są tylko sztangi, najlżejsze obciążenie to 2 tony, wszyscy się zjeżdżają wzrokiem, stękają i są napakowani. Ach! No i przecież siłownia jest TYLKO dla facetów. A jak kobieta tam idzie, to na pewno zaraz będzie „babochłopem” (czyt. kulturystą-kobietą). Oj, niedobrze, bardzo niedobrze z tym popularnym spojrzeniem. Przyjrzyjmy się tej strasznej siłowni nieco bliżej ;). Pozwólcie, że opiszę krok po kroku od decyzji do efektów.

„Nowy rok – nowa ja”
Jakoś tak się stało, że trzeba coś zrobić ze swoim życiem. Nabrać kondycji, znaleźć pasję, poznać ludzi, zrzucić kilogramy, dobudować mięśnie… I nadchodzi wtedy moment, w którym mamy już pójść na tę siłownię. Karnet jest… tylko co wziąć jeszcze?
Pozwól, że rozpiszę Ci, co jest potrzebne ;).

  1. STRÓJ – ma być wygodny i sprawiać, że będziesz czuć się pewnie. Jeśli masz większe piersi, polecam staniki sportowe (funkcyjne) z miseczkami, z mocniejszego materiału. Kiedy Twoje piersi są mniejsze lub masz zamiar wykonywać jedynie trening siłowy/obwodowy, możesz wziąć lżejszy stanik sportowy. Koszulka funkcyjna również się przyda (na siłowni kobiety raczej chodzą w koszulkach, rzadko pokazują swoje brzuchy, choć nie jest to zakazane i jeśli nie masz oporów, brzuszki mile widziane!). Co do spodni – polecam również funkcyjne, ale ludzie przychodzą także w bawełnianych legginsach czy dresach. Jak wolisz, jak Ci wygodniej. Tylko jedna uwaga – jeśli stykają Ci się wewnętrzne górne partie ud, a planujesz trening cardio, weź raczej spodenki, które te partie zasłonią. Dlaczego? Bo otarcia bolą. Serio xD.
  2. BUTY – rozpisałam się w stroju, a tu jeszcze buty mi zostały! A więc tak. Jeśli będziesz robić cardio, wybierz buty na podwyższonej piance, która odciąża kręgosłup. Jeśli obwodowe/siłowe, kupuj raczej bardziej płaskie, na wyginającej się, miękkiej podeszwie. Ale cóż, czasem ciężko stwierdzić, co się będzie robić i czy nie będzie połączonego treningu. W takim przypadku to nie ma znaczenia, jakie buty wybierzesz. Grunt, żeby Twój kręgosłup nie cierpiał, żeby było miękko i sprężyście. (Nie zapomnij wziąć też skarpetek!)
  3. RĘCZNIK – musisz mieć taki na siłownię i taki pod prysznic. Teoretycznie można brać dwa, ale ja polecam jeden takiej średniej wielkości. Tak, żeby można było rozłożyć go na maszynach, wycierać się nim podczas cardio i owinąć w drodze pod prysznic czy do sauny.
  4. WODA – na siłowni trzeba pić. To już wiemy. Ile? Na godzinę ćwiczeń cardio starcza 0,5 – 1 l wody. Na inne ćwiczenia polecam 0,5-0,7. Ja noszę zazwyczaj 0,5, ale jakoś szybko się kończy i trzeba lecieć do szatni po kolejną. Polecam więc więcej, tak na wszelki wypadek ;).
  5. ŻEL pod prysznic!
  6. UŚMIECH – wejdź z uśmiechem. Na siłowni są sami fajni ludzie!
  7. GUMKA DO WŁOSÓW. Serio. Przydaje się.

To co, Fitnesowiczu? Spakowany? Możemy ruszać?

Szatnia – przejście przez czyściec
Jak już odbierzemy kluczyk do szafki (albo, jak w Wilanowie, nabywamy własną kłódkę (yyy?)), udajemy się do szatni. Tam mówimy „DZIEŃ DOBRY”! Tak, tak. Witamy się. Wszyscy się witają i jest to po prostu normalne. A więc, żeby wszystkim było miło, mówimy to „dzień dobry”. Bo jest dobry, no nie? 🙂
Przebieramy się, ZMYWAMY MAKIJAŻ (ten na oczach, brwiach może zostać, jednak skóra twarzy ma oddychać, więc wara mi wchodzić na siłownię w podkładach, pudrach i innych takich!) i wychodzimy do sali ćwiczeń.

Szeroko ręce, spory rozkrok, nos zadarty pod sufit i wchodzimy…
Nie. To, co widzisz na zdjęciu, to najczęściej druga, głębsza warstwa siłowni. Zazwyczaj na pierwszym planie są maszyny do treningów cardio i obwodowych. Tu już nikomu nie mówimy „dzień dobry”. Chyba że poznamy już instruktorów… wtedy mówimy „cześć”. I tyle. Można ich zapytać o plan treningowy, który zawsze chętnie rozpisują. Można ćwiczyć samemu, poprosić Fitnesownię czy inną kumpelę-trenerkę ;). Najlepiej jednak na początku zważyć się na specjalnej wadze. Z pomocą instruktora, rzecz jasna. Potem instruktor wyjaśni, co z czym i do czego. Czy jest okej i można poprawić, czy jest źle i… można poprawić.
Przechodzimy do treningu. Tu mamy wiele możliwości, wariantów i udogodnień. Korzystajmy, ile się da! Poobserwujmy jednak też innych.

Kto siedzi na siłowni?
Pewnie myślisz, że mamy tu tylko facetów o wzorze „mały tyłeczek, z którego wyrasta taki trójkąt, jakiego ramiona tworzą umięśnione bary; kulka bez mózgu na czubku”. Nołp. To tak nie wygląda. Podzielmy sobie typy ludzi na siłce ;).

  • LICEALIŚCI – częściej płci żeńskiej. Podchodzą albo na serio, albo z psiapsiółą. Te drugie też raczej na serio. Ich celem częściej jest spalanie niż budowanie. Wspierają się wzajemnie z koleżankami. Skupiają się na ćwiczeniach.
  • CELEBRYTKI – „Przyszłam tu, żebyś popatrzył na moje sztuczne rzęsy i botoks w ustach. Patrz! Mogę nawet spacerować po bieżni, a nic mi z twarzy nie spłynie”. Sztuka wizażu – poziom 10 (tynk nie odpada). Sztuka ćwiczeń – trucht na bieżni może spowodować zacieki, więc lepiej unikać. Save Yourself płacze, gdy takie widzi.
  • OPTYMIŚCI – również raczej płci żeńskiej. Siłownia to miejsce magiczne. Założenie jest takie, że wystarczy przyjść, żeby być idealnym. Nie trzeba nic robić. Można w tym czasie potowarzyszyć w zmaganiach celebrytkom i pogadać głośno przez telefon. Ewentualnie wstawić selfie na Snapa, żeby wszyscy widzieli, że się było na siłowni. Mimo braku efektów, grupa bardzo zadowolona z siebie, raczej nie rezygnuje z dalszego chodzenia na siłownię.
  • NORMALNI LUDZIE – grupa najbardziej pożądana przez trenerów. Przychodzą raczej w pojedynkę i starają się o swoje lepsze „ja”. Do tej pory nikt nie rozgryzł, skąd u nich ta motywacja. Grunt, że jest. Siedzą z telefonami przy cardio, ale łączą trening z obwodowym lub siłowym. Starają się. Zdarza im się awansować na trenerów. Osobnicy płci męskiej wybierają jednak częściej zawody w bieganiu.
  • TRENERZY – najbardziej lepka grupa na siłowni. Podczas ćwiczeń wyglądają groźnie i trochę jakby cierpieli. Wydzielają najwięcej potu. Po ćwiczeniach uśmiechają się do wszystkich i nagle stają się milutcy. Normalni ludzie wyczuwają w nich trenerską duszę, dlatego pytają często o treningi i diety. Do trenerów-mężczyzn lgną też celebrytki.
  • EMERYCI – szanowani bywalcy. Czasem trzeba im coś ustawić, ale zawsze wynagrodzą taką pomoc uśmiechem. Są zazwyczaj życzliwi i czują się młodo dzięki ćwiczeniom. Podziwiani przez trenerów i normalnych ludzi.
  • STĘKACZE – „Nikt nie musi widzieć, że ustawiłem tylko 10 kg. Mają słyszeć”. Raczej mężczyźni. Napakowani lub otyli. Muszą pokazać wszystkim, że oni mają najcięższy sprzęt. Dlatego ich jęczenie, stękanie i sapanie słychać na całej siłowni. To wołania godowe mające na celu zwabienie jakiejś samicy, najlepiej celebrytki lub optymistki.
  • PODRYWACZE – w zasadzie przychodzą na siłownię tylko w jednym celu. Wyglądają jak z reklam Kleina i zdają sobie z tego sprawę. Może oni serio są z tych reklam? O.o Kiedy ćwiczą, muszą się upewnić, że wszystkie kobiety na nich patrzą. Kiedy nie patrzą, można się samemu pogapić na ćwiczące tyłki.
  • INTROWERTYCY – wchodzą z przerażeniem. Starają się nie przyciągać spojrzeń innych. Najgorzej, kiedy ktoś coś do nich powie. Pożądany kontakt ogranicza się do maszyn i mat. Lepiej się też samemu nie odzywać. Przecież można poczekać, zamiast pytać, kiedy ktoś kończy serię ;). Myślą, że ich nie widać, kiedy oni nikogo nie widzą. Są jednak dość charakterystyczni. A więcej o nich można poczytać u mojej podopiecznej – Introwertyczka. (Nie ma za co, Introwertyku xD).
  • PAKERZY – zjawiają się na siłowni najwcześniej i wychodzą najpóźniej. Siłownia to ich dom. Wyglądają imponująco. Co któreś ćwiczenie stają w rozkroku, zakładając ręce na biodra. W ten sposób udają, że patrolują, kontrolują całą salę. Potem wracają do poprzedniej czynności.

To tyle z moich obserwacji. Czy są ludzie otyli? Tak. Mieszczą się w różnych kategoriach. Najczęściej należą do „normalnych ludzi”. I dobrze. Jak widać, raczej nie ma tutaj samych pakerów ;). Dlatego nie ma się co bać!

Rozciąganie na koniec
Nie zapomnij o rozciąganiu! Polecam prysznic i saunę (a po saunie zimny prysznic) ;). No i po wyjściu jakiś koktajl. Mój ulubiony to banany z suszoną żurawiną i orzechami na jogurcie!

Gdzie trenuje Fitnesownia?
Fitnesownia trenuje w Calypso. Serdecznie polecam tę sieć. Jest wygodna i świetnie skonstruowana. Trenerzy są rewelacyjni ;). No i grafik zajęć jest naprawdę ciekawy i warty uwagi. Może spotkamy się w Calypso? Jak coś, z tymi kłódkami spotkałam się tylko w Wilanowie. W całej reszcie odwiedzanych przeze mnie siłowni są zwykłe kluczyki do szafek xD.

Fitnesowicze! Bawcie się dobrze na siłowni! 😀 To nic strasznego. Jest fajnie, miło i przyjemnie. Nawet dla introwertyków! 🙂

WF – plaga zwolnień. Czy na pewno to wina lenistwa?

Uwaga, tekst może wzbudzać kontrowersje, ale raczej tylko u tych, którzy nie wiedzą, jak dziś wyglądają lekcje WF’u. Od dłuższego czasu spotykam się z kampaniami o hasłach przewodnich „Stop zwolnieniom z WF’u”. Co więcej, w całą akcję pakują się trenerzy, a co mają do powiedzenia dzieciaki? Nic. Pamiętaj, że tekst piszę jako trener, a nie ktoś, kto najchętniej ominąłby wszelki wysiłek fizyczny.

keep-calm-and-love-wf-17

Bez WF’u dzieciaki już w ogóle nie będą się ruszać!
Serio? No, niekoniecznie. Spójrzmy na to tak. Coraz więcej uczniów nie chce chodzić na WF. Błagają o zwolnienia rodziców, lekarzy, wypisują je sami lub po prostu „gubią/zapominają wziąć strój”. Jak na to reaguje środowisko sportowe, WF-iści? „Trzeba z tym walczyć!”, „oni mają ćwiczyć”, „sport to zdrowie” etc., etc. I jeszcze raz – serio?

A tutaj wystarczy zadać sobie jedno konkretne pytanie. Jakie? DLACZEGO?

Pomyślmy więc, dlaczego uczniowie tak wystrzegają się WF’u. Aby ułatwić tę sprawę, opowiem Ci moją historię.

Fitnesownia na WF’ie
Wiadomo, od pierwszej do trzeciej klasy podstawówki były woreczki, piłeczki, fikołki i tym podobne. No i fajnie. Nie miałam nic przeciwko tym zajęciom. Później przyszedł czas na klasę czwartą. Wówczas miałam zajęcia z WF-istą, który był niczego sobie, graliśmy w różne gry zespołowe. No ale właśnie – wtedy zaczęłam powoli nie lubić tych lekcji. W podstawówce mieliśmy dwie klasy – moja była jeszcze w porządku, ale uczniowie z tej równoległej nie przepadali za mną. Byłam wtedy też nieco pulchniejsza, może nie jakaś gruba, ale no, byli szczuplejsi ode mnie. Zaczęły się jakieś pierwsze kompleksy, lęk przed przebieraniem się przy innych dziewczynach, a ponieważ byłam jeszcze wtedy astmatykiem – wolniej biegałam, szybciej się męczyłam. Efekt? Czułam się gorsza i niekoniecznie lubiłam gry zespołowe, przy których byłam wybierana jako ostatnia do drużyn ze względu na szybkie przemęczenie.

W piątej klasie dziewczyny przeszły pod opiekę WF-istki, z którą się bynajmniej nie polubiłam. Znasz na pewno nauczycieli, którzy wybierają sobie osoby, jakie będą uwielbiać i te, które będą poniżać, jak tylko się da. Należałam do tych drugich. Nauczycielka starała mi się udowodnić, jak bardzo kiepska jestem, jak bardzo mi nie idzie i jak bardzo jestem do niczego. Mieliśmy zespół szkół, więc w gimnazjum również to ona miała z nami WF. U mnie natomiast zaczęły się poważne problemy z kręgosłupem. Zdarzały się dni, kiedy leżałam bez ruchu na łóżku, nie mogąc zrobić dosłownie nic. Ona wiedziała o moim problemie, jednak nadal było „dlaczego tak wolno?”, „uderz w tę piłkę mocniej!” (co gorsza, mówiła zamiast …), „nie widzę, żebyś ćwiczyła!”… W końcu doszło do sytuacji, kiedy przy wystawianiu ocen usłyszałam takie słowa „Numer 1 szóstka, numer 2… a co ja będę wymieniać. Wszyscy mają szóstki, tylko numer 14 ma cztery”. Numerem czternastym byłam ja, jakżeby inaczej.

1321458207_by_luca92_500

Sytuacja z kręgosłupem była na tyle poważna, że dostałam zwolnienie lekarskie z WF’u do końca gimnazjum. Cieszyłam się. Bardzo! I współczułam koleżankom, które bardzo nie lubiły chodzić na ten WF.

Przez kręgosłup nie brałam udział w zajęciach WF’u do końca liceum. Uprawiałam natomiast fitness od drugiej klasy gimnazjum z przerwą w pierwszej liceum. Jednak od tamtej pory trenuję regularnie. Jestem trenerem, układam plany treningowe, a moi Fitnesowicze są zadowoleni. Czyżby WF-istka źle mnie oceniła?

Dodam jeszcze, że dziewczyny zawsze były chętne na zajęcia z aerobiku czy fitnessu. Niestety, nasza nauczycielka potrafiła jedynie podpierać ściany, gwizdać przez gwizdek i ogłaszać „ręczna”, a od święta „siatkówka”. Wierz mi, do dziś nie cierpię ręcznej.

Wina nauczycieli?
W dużej mierze. Często to właśnie nauczyciele nie potrafią poprowadzić atrakcyjnych zajęć, choć wiem, że i to się na szczęście zmienia, również dzięki rozwojowi branży fitness. Wielu moich znajomych ma jednak podobne doświadczenia do mojego, stąd moje stanowisko w tym temacie.

wf

Pytanie brzmi: czy warto namawiać uczniów na WF, skoro to nie oni są winni?
Odpowiedź jest dość prosta. Apel natomiast jest taki, aby rodzice ubiegali się do dobrych nauczycieli tego przedmiotu. WF jest bardzo ważny! Nie można go lekceważyć. Jednak przynosi efekty tylko wtedy, gdy staje się polem zainteresowania uczniów i jest dobrze prowadzony. A tak się składa, że dziewczynki i dziewczyny przeważnie wolą fitness niż ręczną.

Co zmienić?
Może warto by zorganizować WF (dla starszych dziewcząt), który obejmowałby różne partie mięśniowe, treningi siłowe, cardio, aerobik, interwały, HIIT… Tego oczekują uczniowie! Gwarantuję, że ilość zwolnień by zmalała.

Przyłącz się do Fitnesowni i trenerów, którzy wprowadzają rewolucyjne zmiany do aktywności uczniów, którzy proponują zajęcia fitness na WF’ie, czyli choćby Ani Lewandowskiej czy Ewy Chodakowskiej.

Zawalczmy o porządny WF, a nie byle jakie zajęcia, które skłaniają jedynie do szukania powodów, by nie iść na te lekcje.

W tym miejscu chciałabym podziękować tym WF-istom, którzy przykładają się do swojego przedmiotu i urozmaicają zajęcia swoim uczniom. TAK TRZYMAĆ! 🙂

Udostępnij ten post swoim znajomym, na swojej stronie, szerz wiadomość o dobrym WF’ie! 😉

Samoakceptacja

shutterstock_99170681

Słoik
Tak, tak, wiem. Dała jakieś łatki i plamki (artykuł o kompleksach), a teraz pisze o słoiku… wariatka. Ciekawych określeń ciąg dalszy, drodzy Fitnesowicze. Zapoznaję Was więc ze „słoikiem”. Wiecie, czym jest słoik, o którym będę pisać?

Wyobraźcie sobie, że macie 10 lat, Wasz umysł rozwinął się na tyle, by myśleć o tym, jak się wygląda. Słyszycie dookoła siebie ciche komentarze „ale ona jest gruba”, „co to w ogóle za ciuchy!”, a w domu: „ale zjedz jeszcze trochę”, „skupiaj się na nauce, a nie na wyglądzie”. Wy jesteście pośrodku tego wszystkiego, nie wiedząc, co z sobą dalej robić. Zostajecie wrzuceni do słoika, a aby się bronić, nakładacie na niego wieczko. Możecie krzyczeć, rzucać się, wiercić… Ale ewentualnie tylko przewrócicie swój słoik, a wtedy też nie będzie komfortowo. Jedyną drogą wyjścia jest odkręcenie wieczka…

Życie w zamknięciu
Będąc w zamknięciu, wcale nie zbieracie sił, jak się czasem może wydawać. To odcinanie się od problemu, który wciąż istnieje. Odkładacie go i odkładacie, aż w końcu staje się gigantyczny. Ludzie cały czas popychają Wasz słoik, kopią go, a Wy się w nim obijacie, zbierając bolesne siniaki. W pewnym momencie w słoiku zaczyna też brakować powietrza. Dusicie się, wszystko Was boli. Macie jedną możliwość przeżycia – otworzenie wieka albo czekanie, aż ktoś inny je otworzy.

im fine

(Nie)pomocna dłoń
Ludzie wokół Was, nawet jeśli widzą, że coś się dzieje, często wolą udawać, że nic nie zauważyli. Z drugiej strony również Wy, choć w głębi duszy wszystko krzyczy „pomóż mi, błagam!”, unikacie pomocy. Odwracacie się od tych, którzy wyciągają do Was pomocną dłoń i sami wolicie siedzieć cicho. Ludzie nie są w stanie Wam pomóc, jeśli sami na to nie pozwolicie. Tak to mniej więcej działa. Wyciągacie do innych rękę w długim rękawie, zakrywając tym samym wszystkie rany. Problem tkwi w tym, że sami te rany robicie, zamykając się w swoim słoiku, zakręcając wieko. Robicie i pozwalacie innym je robić. I po co?

awokado

Otwarty słoik
To już trochę lepsza sytuacja. Macie możliwość wyjścia, choć wciąż się tego boicie. Pojawia się poczucie wyobcowania, odrzucenia. Boicie się, że nie zostaniecie zaakceptowani przez innych. Przecież mogą powiedzieć, że jesteście grubi, że wszystko Wam nie wychodzi. Tak między nami – nikt nie ma wrodzonych większych czy mniejszych umiejętności osiągania sukcesu. Decydujecie o tym Wy sami. Tylko czy pozwolicie się wyciągnąć ze słoika lub sami z niego wyjdziecie…?

beautiful

Piękna czy nie?
Wystawiacie się na osąd publiczny i chcecie przypasować obecnie panującemu modelowi idealnego piękna. Jeszcze niedawno te ideały kreował świat mody, dziś kreuje je sport. Czy to znaczy, że tylko wysportowane dziewczyny i umięśnieni mężczyźni są bliscy ideałowi? Czy to w tym tkwi prawda? A co z osobami, które dążą do swojego celu, ale wciąż mają nadprogramowe kilogramy i z nimi walczą? Nie są piękne, a potem nagle się takie stają? To, że jest ktoś grubszy, ale walczy o szczupłą sylwetkę, nie znaczy, że dopóki jej nie osiągnie, ma się kisić w domu i czekać na odpowiedni moment!

Akceptacja siebie i innych
Nie zaakceptujecie w pełni drugiej osoby, jeśli nie będziecie akceptować siebie. Taka jest prawda. Nie chodzi o to, żeby kochać swoje ciało, ale żeby żyć z nim w zgodzie, bo jest swoje, własne i jedyne. Nie każda kobieta będzie mieć nogi jak Chodakowska, bo mamy różne figury. Spójrzcie na Blogilates – ma figurę gruszki i jej uda w górnej części nigdy nie będą proste jak od linijki, bo taką ma budowę miednicy. Ja na przykład mam podobny „problem”, gdyż mam figurę klepsydry. I wiecie co? Fajnie mieć taką figurę, nawet jeśli ciężko jest się pozbyć górnej części ud, nawet jeśli się styka. Dlaczego? Bo za to mam duże wcięcie w talii. Nie porównujcie się do innych fitnessek, nie dążcie do ich sylwetek, bo może się okazać, że różne budowy ciała to uniemożliwią, a wówczas można się zawieść.

Zaakceptujcie innych takimi, jakimi są. I akceptujcie siebie. Nie ma nic złego w tym, że każdy z nas ma inną sylwetkę, jedni są chudsi, inni grubsi, jedni mają kaloryfer, a inni wręcz nie chcą go mieć. Świat jest piękny, gdy jest różnorodny.

Nie zamykajcie się jednak w swoich słoikach, nie zakręcajcie wiek. I nie dajcie innym się się w niego wpędzić, ani nie twórzcie słoików dla ludzi wokół siebie. Pomagajmy sobie nawzajem, budujmy tę pewność siebie.

Gra na 5 palców
Grę wymyśliła Beata Pawlikowska, ja ją nieco zmodyfikowałam. Kiedy budzicie się rano, wystawcie przed siebie dłoń. Patrząc na każdy palec po kolei, „doczepiajcie” do niego te cechy, które są w Was dobre, dzięki którym jesteście piękni.
Do drugiej dłoni „doczepcie” te rzeczy, które zrobiliście dobrze dla innych lub dla siebie. Grajcie w to często. To ważna gra, która pomaga.

Na zakończenie mam dla Was małą grafikę, która podsumowuje cały ten post :).
porównanie

Łatki i plamki… słówko o KOMPLEKSACH

łatkaŁatki
Tak generalnie to wszystko gra, ale…

ALE!

Stajesz przed lustrem i widzisz, że boczki, które tak usilnie starasz się zrzucić, wciąż siedzą na miejscu. Wydajesz kasę na tony podkładów i pudrów, żeby tylko zamaskować piegi. Co dwa tygodnie siedzisz u fryzjera, aby nie było widać Twojego naturalnego koloru włosów. Może boisz się wyjść z domu, bo kobiety dookoła mają wielką przerwę między udami, a Ty nie. Może wszystkie mają hybrydy, a Ciebie na nie nie stać. Może walczysz z trądzikiem albo przez chorobę tarczycy masz „drugi podbródek”. Właściwie to najchętniej zamknęłabyś się w domu i nikomu już więcej nie pokazywała. Tylko Ty, Twoja szara bluza i wygodne łóżko. Ale, niestety, trzeba wyjść, bo szkoła, bo praca, bo dzieci, bo zakupy… I jak tu żyć?

Każda taka rzecz to jedna łatka na Tobie. Czasem siedzi wewnątrz, czasem jest na ciele. Wyobraź sobie taką sytuację, że stoisz na przystanku, a ktoś Ci się przygląda. Znajome uczucie? Od razu myślisz „pewnie uważa, że jestem gruba, ostatnio przecież przytyłam”. Prawdopodobna sytuacja, nie sądzisz? A teraz postaraj się być tym obserwującym. Co myślisz o takiej nieznajomej, tak obiektywnie? „Ma świetne włosy” albo „jakie piękne, długie rzęsy!”. Serio, tak to wygląda zazwyczaj. Więc czego się bać?

Spójrzmy inaczej. Masz przed sobą biały T-shirt. Ten T-shirt nie ma dziur, a mimo to go łatasz. Załatane są małe zgniecenia, których nie chciało się wyprasować. Łatwiej było naszyć łatkę. W miarę upływu czasu zgniecenia, które załatałaś, utrwalają się. Wiesz o tym i coraz bardziej nie chcesz zdjąć łaty i ich wyprasować, choć przecież możesz to zrobić.

Jaki w tym problem? A taki, że prasowanie może chwilę zająć. Może się okazać trudne, czasochłonne. Lepiej przecież chodzić z łatką, nie?

plamaPlamy
Zdarza się każdemu, że rozleje się kawa albo herbata. Zostają wtedy plamy. To trochę inaczej, niż z łatkami. Łatki wiążą się z czymś materialnym, z rzeczą. A plamy? Plamy pochodzą z wydarzeń. Kolejna przykładowa sytuacja – ludzie wokół Ciebie chwalą się awansem/dobrymi ocenami, a Ty nie masz takich osiągnięć i czujesz się gorsza. Wtedy pojawiają się plamy, które przypominają o sobie w kolejnych takich sytuacjach. To przez nie masz wrażenie, że jesteś nikim, że nic Ci w życiu nie wychodzi.

Ale powiedz, proszę, co robisz z plamami po kawie, kiedy te pojawią się na obrusie? Czy nie spierasz ich? Oczywiście, że to robisz. A więc w czym jest problem, kiedy plamy pojawiają się w Tobie?

Ja – ta gorsza
Trzeba podkreślić, że choć ja tu dzielę kompleksy na dwie grupy, każda z nich jest tak samo uciążliwa. Ciężko się pozbyć wrażenia bycia tą gorszą. Oto, jak działa mechanizm kompleksów:

WYDARZENIE –> OBRONA (łatka) –> PESYMIZM –> WIARA W KOMPLEKS

Z czwartego kroku jest najtrudniej wyjść. Wiara w kompleks powoduje lekkie utknięcie. Wtedy nie szuka się wyjścia z problemu, a tylko się go pogłębia. To moment, kiedy już tylko zewnętrzna motywacja może działać. Ewentualnie ofiara kompleksu sięga po „ostre środki”.

Łatka na plamę?
I to jest częste zjawisko. Staramy się zakryć kompleks z jakiegoś wydarzenia. Wkładamy maskę, że niby jesteśmy kimś innym. Udajemy, że nie przeżywamy tych emocji, które faktycznie nam towarzyszą. Oj, błąd. Duży błąd.

Niestety, kompleksy działają na zasadzie skojarzeń. Wszystko gra dopóki nie połączymy jednej rzeczy z innym, raczej negatywnym, wspomnieniem. I nagle bach, mamy problem. Tak, tak po prostu, w zasadzie znikąd, jak może się z pozoru wydawać.

Jak reagujemy? Zazwyczaj nerwowo. Najczęstszym objawem jest brak dystansu do własnej osoby. Wszystko odbieramy do siebie. Co więcej, zdarza się, że większość rzeczy (często nawet niezwiązanych z nami) jesteśmy w stanie odebrać jako obrazę. Przykre, co? Ale tak jest.

Seksualność a kompleksy
Kwestia raczej wąsko omawiana. A szkoda. Oczywistą jest, że kiedy są kompleksy, nie ma akceptacji. Problem tkwi w tym, że kiedy nie ma akceptacji i są kompleksy, pojawia się wstyd, lęk przed kontaktem seksualnym. Jeśli już do takiego dochodzi, bywa i tak, że nie czerpie się z niego satysfakcji. Nie sprawia to żadnej przyjemności. Winą obarcza się swoje kompleksy, niezależnie od tego, jakie by one nie były. Co gorsza, pojawia się uczucie, że partnerowi też się jakoś specjalnie nie podobało. No i cała ta relacja się zaczyna burzyć.

Och, ciężki i duży to temat. Partner nie lubi narzekania i złego humorku. Lepiej by było, gdyby się kobita wzięła w garść. A kobita potrzebuje opieki, pomocy. No i kto ją wspomoże? I tak to się dzieje dalej. Chyba że partner wspiera, rozumie, angażuje się w to wszystko. Ludzie jednak mają dziwny zwyczaj mówienia w duchu „radź sobie sam”. A co wtedy? Wtedy relacje się rozłażą, jest coraz mniej przyjemności w związku. Obarcza się partnera swoimi problemami, a partner nie chce tego słuchać. Zdrada? Też wchodzi w grę w takim układzie.

Apel do partnerów – SPRÓBUJCIE ZROZUMIEĆ I POMÓC, skoro jesteście najważniejszymi osobami dla poszkodowanych. Apel do poszkodowanych – WEŹCIE SIĘ W GARŚĆ i nie narzekajcie.

Jak z tego wyjść?
Otóż problemy służą do rozwiązywania ich, a nie do narzekania na nie. Masz jakieś kompleksy? Wydobądź je na światło dzienne, przyjrzyj się im i się ich pozbądź. No tak, powiesz, że łatwo mi mówić. Ok, rozumiem. Ale teraz mówię serio – weź się w garść i rozwiąż swoje problemy. Uważasz, że masz nadprogramowe kilogramy? Trenuj, jedz zdrowo i zrzuć je! Walczysz z okropnym trądzikiem? Wybierz się do dermatologa albo wyeliminuj z diety to, co Ci szkodzi. Czujesz się gorsza od innych? Zainwestuj w wymarzone, ale wygodne!, buty i zacznij uprawiać sport.

Dlaczego tak namawiam do sportu? Ponieważ podczas treningu wydzielają się hormony szczęścia, które po jakimś czasie pomagają Ci zaakceptować siebie, radzić sobie z problemami i nagle Twoje kompleksy znikają. Serio. Spróbuj, zanim powiesz, że się mylę.

Terapia antykompleksowa
Weź koszulkę i rozłóż ją przed sobą. Doklej do niej fiszki ze swoimi kompleksami. A potem przeanalizuj to dobrze i odklej te, które w zasadzie nie są kompleksami. Rozwieś ją, najlepiej przy lustrze. Codziennie stawaj przed swoim odbiciem i mów sobie jakiś komplement, a następnie zrywaj tę fiszkę, której komplement dotyczył. Dasz radę. To może potrwać więcej, niż jeden dzień, ale warto. To w końcu walka o Ciebie samą.

Jeśli chcesz bardziej efektownie, możesz użyć markera i skreślać te kompleksy, których się pozbywasz. Nie zapominaj – jedz zdrowo i trenuj! 🙂

Jak sobie pomóc?
Po coś ta Fitnesownia jest, nie? Po coś jestem trenerem. I po coś jest do mnie kontakt przez Facebook. Napisz do mnie wiadomość, daj znać, że potrzebujesz diety, treningu, motywacji… Nie bój się, nie gryzę ;). Razem damy radę. Zobaczysz, że kompleksów da się pozbyć bardzo szybko i nigdy więcej do nich nie wracać. To toksyczne związki. A toksyczne związki nie są dobrym rozwiązaniem.

Trzymaj się tam, Fitnesowiczko, pamiętaj o tym poście i pisz! 🙂

A tak w razie czego…

grafika3Zapisz tę grafikę, ustaw jako tapetę. Niech Ci towarzyszy. Zobaczysz, że od razu będzie Ci łatwiej :).