W oczach innych…

Miał być artykuł o czymś zupełnie innym, ale bywa i tak, że życie pisze lepszy plan kolejnego wpisu ;). W tej sprawie dłużej milczeć się nie da. Dlaczego? Już tłumaczę.

Takie modne bycie fit
Wiedziemy sobie spokojne życie, trenujemy przynajmniej 3 razy w tygodniu, staramy się dobrze odżywiać. Ludzie nas podziwiają. Mówią „Wow! Ale świetnie wyglądasz, też tak chcę”. Pod instagramowymi zdjęciami tyłka czy brzucha rośnie liczba serduszek. Niektórzy wolą hejtować, zamieszczając komentarze w stylu „chyba kasa ci z nieba spada, w głowie pusto, a cały dzień tylko zdjęcia i treningi. Nie masz chyba co z czasem robić. Niektórzy ciężko harują i nie mają czasu na takie bzdety”. Myślimy wtedy „ale jakoś na komentarz i scrollowanie w smartfonie jest czas”. Ćwiczenia wzmagają wydzielanie się w naszych organizmach dopaminy, więc też jesteśmy szczęśliwsi, bardziej optymistyczni…
…ale czy ktoś w ogóle wie, jak wygląda prawdziwe życie osoby, która trenuje, ale zachowuje umiar?

Małe pokusy życia codziennego
Dobra, jasne. Raczej nie sięgamy po batony, nie szukamy niezdrowych przekąsek. Jednak zdarza nam się wyjść na miasto z kumpelą, na randkę z ukochanym, pójść na czyjeś urodziny et cetera. Zdarza się więc również zjeść ciasto, pizzę czy lody. Nie mówię, że każdy z nas, ale że niektórzy, ci najbardziej „umiarkowani”. Temat niewygodny dla tych, co chcą błyszczeć w świetle tak zwanej „czystej michy” i zatuszować swoje grzeszki (o ile je popełniają). Co się jeszcze zdarza? A no tak, brak treningu. Szok, co? Tak, tak. Czasem ma się zwyczajnie dość, jest się naprawdę okropnie zmęczonym po pracy, studiach, zajmowaniu się domem, dzieckiem czy cokolwiek. Czasem jest się przeziębionym lub chorym. Czy to wszystko skreśla nas z listy bycia fit? Chyba nie bardzo. Zwyczajnie, jak wielu osobom w różnych dziedzinach, bywa, że się po prostu nie da. I tyle. To źle? Nie, to zrozumiałe, bo przecież kiedy możemy, wracamy do naszego zdrowego stylu życia.

W oczach innych
No i tu się dzieją cuda niewidy. W Internecie możemy sobie błyszczeć, być chwalonymi, być gwiazdami. Czerwone dywany same się rozwijają. Ale okazuje się, że w bliższych relacjach niekoniecznie tak bywa. Cenimy sobie szczerość, fajnie. Tylko że… co o tym wszystkim sądzić, kiedy stajemy między młotem a kowadłem? Już tłumaczę, o co chodzi. Jeden przyjaciel na zdjęcie z owocami zareaguje ukrytym hejtem „o jeny, ty serio jesteś taka fit, to jest nienormalne, ludzie tak nie robią”, drugi przyjaciel natomiast na informację o zjedzonym ciastku zrobi krzywą minę i oskarży o to, że w ogóle nie dbasz o swoją dietę, a mógłbyś wyglądać lepiej. I co wówczas myśleć? W oczach jednego jestem w takim razie szczupłym fit freakiem, w oczach drugiego wyglądam okej, ale nie wystarczająco. Robi się przykro? No raczej.

Samoakceptacja strzaskana?
Na szczęście mamy wytrenowane poślady i upadek tak nie boli (zazwyczaj). Obie osoby są dla nas bardzo ważne i ich opinia jest dość kluczowa. Nie ma co mówić o tym, że trzeba zbudować własną dobrą opinię o sobie i tego się trzymać, widzieć w lustrze tę osobę, którą sami jesteśmy – wartościową i piękną zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Po prostu czasem trzeba załamać ręce, żeby samemu do tego dojść, żeby własnymi małymi krokami spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć „i komu ja chcę coś udowodnić: sobie czy innym?”. Niby odpowiedź jest taka prosta, niby tak łatwo jest walczyć tylko dla siebie, ale gdy znów przychodzi taka sama sytuacja, przecież okazuje się, że osoby, które nam to mówią, są tak ważne… I znów dylemat, i znów ostre zderzenie z szybą. Konflikt między zbyt idealny a niewystarczająco idealny. Jasne, niektórzy chętnie pomyślą „z takimi ludźmi po prostu trzeba zerwać kontakt, nie są nas warci”. Ale to tak nie wygląda. Te osoby w każdym innym aspekcie nas wspierają i budują, zawsze są obok i są najlepsze na świecie. Serio tak bywa. Tylko ta jedna jedyna rzecz…

Kołcz radzi:
zostań sobą. Nie no, serio. Czasem trzeba wytłumaczyć tym osobom, co same na ten temat uważacie. A może niekiedy rozważyć to, co one mówią? Sprawdzić się w obu zarzuconych „skrajnościach”? Może któreś z nich ma rację? Może mówi to z troski? Tu nie ma jednego rozwiązania. Każda sytuacja jest inna. Ale dlaczego w ogóle o tym mówię? A dlatego, ponieważ mnie też to spotyka. Czasem machnie się ręką, a czasem to pali do żywego.
Powiem zupełnie szczerze – przy 163 centymetrach wzrostu mam wymiary 91-59-92. Nie czuję się z tym źle, wszystko jest cacy. Jasne, zdaję sobie sprawę z tego, że niektóre rzeczy mogłabym dopracować i wcale się nie poddaję, nie osiadam na laurach. Ciągnę te treningi, staram się trzymać też w miarę zbilansowaną dietę, jednak nie odmówię sobie raz na jakiś czas drobnego grzeszku. Dlaczego? Bo uważam, że nie trzeba być ortoreksyjnym w swoim dążeniu do celu (oczywiście nie mówię, że jeśli ktoś w ogóle wyzbywa się tych „grzeszków”, robi źle, absolutnie nie! Podziwiam i szanuję!). Nie trzeba wyglądać jak dana fit osoba z ig, jeśli się tego nie chce. Czasem można po prostu być sobą, coraz lepszą wersją siebie, na swój własny sposób.
Wszystko z umiarem, moje Fitnesiaki 😉
A dla tych, co lubią w ten sposób delikatnie hejtować – więcej wyrozumiałości! Nie każdy „fit-człowiek” jest taki sam.

Wasza SM ;*

Co Chodakowska ma wspólnego z kolanami?

O Chodakowskiej chyba już wszyscy słyszeli. Jeśli ktoś z nią trenował lub sprawdzał opinie, dobrze wie, że jej treningi okryte są wielką krytyką, szczególnie tą dotyczącą KOLAN. No i tutaj rodzi się pytanie: „Dlaczego kolana, a nie na przykład kręgosłup?”. No bo przecież wiadomo, że chodzi o kontuzje po ćwiczeniach. Na YT można znaleźć kilka filmików, które jadą po Ewie, nie zostawiając ani jednego argumentu ZA jej treningami. O co więc chodzi i czy programy Chody naprawdę są takie złe?

Co przedstawiają krytycy?
W zasadzie niedawno zabrałam się do obejrzenia kilku bardziej „fachowych” opinii na temat treningów Ewy Chodakowskiej. U jednego pana nasłuchałam się o niepoprawnej terminologii używanej przez trenerkę. No cóż… Nie wiem, czy temu panu o to chodziło, ale jakoś wydaje mi się, że większość osób lepiej zrozumie hasło „zegnij łokieć” niż „zegnij w płaszczyźnie strzałkowej”. Ale mniejsza z tym. Natomiast u innej trenerki personalnej  krytyka ćwiczeń na macie w domu sprowadziła się do niezwykle ogólnego i adekwatnego tytułu „Chodakowska zrobi ci krzywdę”. Czy jakoś tak. Trochę clickbait.

Co natomiast mówią inni trenerzy? Słyszałam o reakcjach: „Trenowałaś z Chodakowską i nie bolą cię kolana?” lub „Kolejna od Chodakowskiej… Lepiej zostaw to g”. Oczywiście z całym szacunkiem do tych trenerów, którzy tak nie mówią i szanują Ewkę – nie mówię o Was (nas) ;).

Krytyka najczęściej sprowadza się do braku profesjonalizmu (bez tłumaczenia, gdzie go brak), zerowej wiedzy, niepoprawnie wykonywanych ćwiczeń i – tu uwaga – nadwyrężaniu stawów. Szczególnie kolanowych.

Co jest na rzeczy?
Bez owijania w bawełnę (Wy też tego nie lubicie, czy tylko ja dostaję nerwicy, jak czytam artykuł, w którym odpowiedź na temat jest dopiero po wielkiej powieści wprowadzającej?) – na rzeczy są stare treningi Ewy. Pierwszym programem, o którym usłyszała cała Polska, był Skalpel. Nie trudno jest dostrzec różnice między nim a najnowszymi treningami, prowadzonymi z werwą i pełnym zestawem ważnych wskazówek. Co jest więc nie tak ze Skalpelem? Ewa nie mówi tam zbyt wiele o poprawności wykonywania ćwiczeń. Coś tam wspomina o kręgosłupie, coś podpowiada o świadomych ruchach, ale gdzieś to zostaje w tyle… i zdecydowanie za kolanami. Bo o kolanach to tam za bardzo nie ma. A kolana są ważne ;P.

Jak Ewa nie powie, to wszystko się wali
Prawda jest taka, że taki sobie zwykły przysiad niewiele osób potrafi wykonać w pełni poprawnie. Często wychodzi z tego półprzysiad lub kucanie, a to drugie to już zło wcielone. Kiedy nikt nie powie takiej początkującej osobie, że jak robi przysiad, to tak jakby miała usiąść na krześle i kolana nie mają wychodzić poza linię palców u stóp, to te osoby zrobią źle. Wiele razy. Może nawet z obciążeniem. I wyjdzie z tego kontuzja. Bo tak to się właśnie dzieje, kiedy ćwiczenie nie jest wykonywane poprawnie. Jak nie ma rozgrzewki i kolana nie są przygotowane do treningu, a na co dzień za bardzo się nie ruszają, bo siedzą ze swoim właścicielem przy biurku, to też nie ma co liczyć na zdrowe stawy po treningach.

No i tutaj muszę przyznać, że Chodzie trochę się zapomniało o takich przypomnieniach w pierwszych programach, ale dzisiaj niczego nie można jej odmówić. Treningi nagrywane obecnie są dużo lepsze i to się chwali. Tutaj wielki szacun dla Ewki, tym razem nie tylko za to, że „ruszyła poślady” wielu kobiet, ale również za to, że nie osiada w jednym punkcie i nigdy nie mówi sobie „dość”. To kobieta, która działa, wciąż się rozwija i wkłada mnóstwo energii w swoją pracę. Jest co podziwiać :).

Jeśli to w ogóle uznać za jakikolwiek argument, musimy pamiętać, że Choda była tak naprawdę pierwszą w Polsce trenerką, która zaciągnęła kobiety na maty, więc to ona budowała nowe ścieżki w tej dziedzinie w języku polskim. Nic dziwnego, że pierwsze programy nie były w stu procentach poprawne pod każdy względem.

Jakie są więc te treningi i czy warto po nie sięgać?
Jeśli chcemy sięgnąć po starsze programy Ewy, musimy zadbać sami o odpowiednią technikę wykonywania ćwiczeń. Dobrze jest więc zaczynać od nowszych programów albo tych z innymi trenerami, żeby zapoznać się z poprawnością robienia wszystkich ruchów.
Treningi Chodakowskiej są rewelacyjnie złożone i dobrze przemyślane, nie ma co tutaj odejmować. Jeśli o technikę chodzi, najlepszy jest u niej pilates, czyli Secret.

Spiesząc z odpowiedzią, czy warto – TAK, WARTO! Trzeba pamiętać o odpowiedniej diecie etc., etc… Ale to jak wszędzie. Bo tak naprawdę inny trener, na przykład z BeFit lub GymRa, może mieć niemal identyczne treningi jak Ewa i tego już nikt nie skrytykuje. Więc cała ta jazda jest zupełnie niepotrzebna ;).

ANALIZA PROGRAMU
Żeby nie być gołosłownym, pogadać, popisać, skrytykować, obronić i sobie pójść, rozpiszę tu po kolei analizę programu Skalpel. Chcę zwrócić tu uwagę na techniczne aspekty, bo wiecie… pohejtować każdy umie, a jak trzeba wyjaśnić, to wieje pustką. Jak już mówiłam, nowe treningi Ewy są naprawdę świetne i nie ma co się przy nich spinać, że coś jest nie tak. Stare też są naprawdę rewelacyjne, ale tak czy siak, niezależnie od treningu i trenera, z którym będziecie ćwiczyć, TRZEBA pamiętać o poprawności wykonywania ćwiczeń (nie tylko przy Chodakowskiej!).

Przez cały trening należy pamiętać o prostych plecach i napiętych mięśniach brzucha. Ewa cały czas przypomina o poprawnym oddychaniu, co jest również bardzo ważne ;).

ROZGRZEWKA
1. Wspięcia na palce. O wszystkim Ewa tutaj wspomniała. Napięte mięśnie brzucha, plecy proste, luźno ramiona, stopy skierowane na zewnątrz.
2. Unoszenie kolan – pamiętajcie o lekko ugiętych kolanach bez przeprostu.
3. Powtórka ćwiczenia z innym układem rąk – koniecznie proste plecy, lekko ugięte kolana, zbliżanie łokcie na poziomie piersi.
4. Prostowanie uniesionej nogi – noga stojąca koniecznie lekko ugięta w kolanie!, napięty brzuch.
5. Unoszenie rąk – ugięte kolana, proste plecy.

TRENING cz. 1 nogi i pośladki
1. Przysiad ze wspięciem na palce – plecy cały czas proste, patrzymy przed siebie; w przysiadzie kolana nie wychodzą poza linię stóp!!!, we wspięciu napięcie pośladków.
2. Uginanie łokci (to ten ruch w płaszczyźnie strzałkowej ;P) – napięty brzuch, proste plecy, lekko ugięte kolana.
3. Uginanie łokci 2 – jak powyżej. Można się przyjrzeć postawie Ewy, która pozycję wykonuje prawidłowo.
4. Półprzysiad i „wymachy” rękoma – kolana nie wychodzą poza linię stóp!, proste plecy (odcinek lędźwiowy nie może być pogłębiony!), wzrok skierowany lekko w dół, bez zadzierania głowy, stabilna postawa (bez kołysania się).
5. Łączenie łopatek w półprzysiadzie – jak wyżej.
6. Uginanie łokci w półprzysiadzie – jak wyżej. Ramiona równolegle z tułowiem.
7. Unoszenie rąk do boków w półprzysiadzie – jak wyżej. PROSTE PLECY (w jednej linii, bez pogłębiania lordozy w odcinku lędźwiowym i kifozy w odcinku piersiowym (czyli się nie garb i nie wypinaj tyłka)).
8. Zakrok z uniesieniem kolana – sylwetka wyprostowana, możemy pomóc sobie ruchem rąk jak przy marszu; kolano nogi, która jest w zakroku nie może dotykać ziemi!, kolano nogi z przodu nie może wychodzić poza linię stóp!
9. Przysiad ze wspięciem na palce – jak w punkcie 1.
10. Przysiady sumo ze wspięciem na palce – stopy skierowane na zewnątrz, kolana nie wychodzą poza linię stóp; we wspięciu na palce nie robimy przeprostu kolan; proste plecy bez garbienia się.
11. Odwodzenie nogi – noga stojąca musi mieć lekko ugięte kolano, sylwetka wyprostowana, napięty brzuch; kontrolowany ruch odwodzenia, bez swobodnego opadania nogi.
12. Wspięcie na palce – stopy na zewnątrz, brzuch napięty, sylwetka wyprostowana; nie wypinamy tyłka! ;P

TRENING cz. 2 nogi i pośladki
1. Unoszenie bioder w pozycji leżącej – stopy można oprzeć na samych piętach (to polepszy jakość ćwiczenia), kręgosłup prosty, przylegający w całości do maty (czyli napinamy brzuch i podwijamy biodra tak, żeby odcinek lędźwiowy nie był wygięty).
2. Ruch nogi z uniesieniem bioder – mocno napnij mięśnie brzucha i jeśli zaczyna boleć odcinek lędźwiowy, opuść biodra i zadbaj o przyleganie całego kręgosłupa do maty.
3. Unoszenie, przenoszenie i krążenie nogi – proste plecy, bez garbienia się.

TRENING cz. 3 plecy i pośladki (nie wykonuj 1 punktu, jeśli masz problemy z odcinkiem lędźwiowym!)
1. Unoszenie nóg, ruch poziomy i „pływanie” – oprzyj czoło na przedramionach lub macie, patrz w dół, napnij brzuch; nie unoś nóg ponad swoje możliwości, to krótki ruch; jeśli zaczyna boleć odcinek lędźwiowy kręgosłupa, zrezygnuj z tego punktu!
2. Unoszenie nogi z podporu na kolanach – dłonie pod ramionami, kolana pod biodrami, proste plecy, bez pogłębiania lordozy w odcinku lędźwiowym, nie obracaj tułowia i bioder; jeśli ta pozycja powoduje ból w odcinku lędźwiowym, zrezygnuj z całej tej części treningu).
3. Unoszenie nogi z oparciem na przedramionach – nie wyginaj odcinka lędźwiowego, napinaj mięśnie brzucha; patrz w dół, nie zadzieraj głowy.

TRENING cz. 4 brzuch
1. Pulsacyjny ruch rąk ze spięciem brzucha – nie unoś głowy do kolan (wtedy napinasz kark i męczysz kręgosłup), ale w górę, do sufitu, żeby ruch odbywał się z mięśni brzucha; jeśli czujesz, że tracisz oparcie w mięśniach brzucha, odłóż na chwilę ramiona i głowę, weź oddech i spróbuj jeszcze raz; cały kręgosłup przyklejony do maty, nie ma miejsca pod odcinkiem lędźwiowym!
2. Naprzemienne ruchy ramion (i nóg) – nie odklejaj odcinka lędźwiowego od maty, wszystko jak wyżej.
3. Brzuszki proste i skośne do kolana – wszystko jak wyżej :), nie zamykaj łokci, nie opieraj głowy na rękach, ruch odbywa się w górę z brzucha, a nie w przód z karku ;P.
4. Spięcia brzucha – jak wyżej w poprzednich punktach ze szczególnym naciskiem na odcinek lędźwiowy!; jeśli w tej pozycji czujesz dyskomfort w okolicy bioder, ustaw nogi na wzór poprzednich pozycji 1-3, nie odklejając odcinka lędźwiowego od maty.

ROZCIĄGANIE
I tutaj wszystko gra i jest powiedziane ;P.

Jeśli mogę coś dodać do całości treningu – warto zrobić krążenia kolan przed całym treningiem w ramach dodatkowego ruchu rozgrzewki. Tak w razie czego, nigdy nie zaszkodzi ;).
Trening skończony :D. A teraz na maty i proszę się tu więcej nie czepiać ;*.

Jeśli chcecie poczytać o samej Ewie na Fitnesowni, zapraszam TUTAJ <3

SIŁOWNIA – z czym to się je?

Jedni, gdy słyszą słowo „siłownia”, reagują zachwytem, inni pogardą. Generalnie mamy taki dziwny obraz tej siłowni w swoich głowach. Że tam są tylko sztangi, najlżejsze obciążenie to 2 tony, wszyscy się zjeżdżają wzrokiem, stękają i są napakowani. Ach! No i przecież siłownia jest TYLKO dla facetów. A jak kobieta tam idzie, to na pewno zaraz będzie „babochłopem” (czyt. kulturystą-kobietą). Oj, niedobrze, bardzo niedobrze z tym popularnym spojrzeniem. Przyjrzyjmy się tej strasznej siłowni nieco bliżej ;). Pozwólcie, że opiszę krok po kroku od decyzji do efektów.

„Nowy rok – nowa ja”
Jakoś tak się stało, że trzeba coś zrobić ze swoim życiem. Nabrać kondycji, znaleźć pasję, poznać ludzi, zrzucić kilogramy, dobudować mięśnie… I nadchodzi wtedy moment, w którym mamy już pójść na tę siłownię. Karnet jest… tylko co wziąć jeszcze?
Pozwól, że rozpiszę Ci, co jest potrzebne ;).

  1. STRÓJ – ma być wygodny i sprawiać, że będziesz czuć się pewnie. Jeśli masz większe piersi, polecam staniki sportowe (funkcyjne) z miseczkami, z mocniejszego materiału. Kiedy Twoje piersi są mniejsze lub masz zamiar wykonywać jedynie trening siłowy/obwodowy, możesz wziąć lżejszy stanik sportowy. Koszulka funkcyjna również się przyda (na siłowni kobiety raczej chodzą w koszulkach, rzadko pokazują swoje brzuchy, choć nie jest to zakazane i jeśli nie masz oporów, brzuszki mile widziane!). Co do spodni – polecam również funkcyjne, ale ludzie przychodzą także w bawełnianych legginsach czy dresach. Jak wolisz, jak Ci wygodniej. Tylko jedna uwaga – jeśli stykają Ci się wewnętrzne górne partie ud, a planujesz trening cardio, weź raczej spodenki, które te partie zasłonią. Dlaczego? Bo otarcia bolą. Serio xD.
  2. BUTY – rozpisałam się w stroju, a tu jeszcze buty mi zostały! A więc tak. Jeśli będziesz robić cardio, wybierz buty na podwyższonej piance, która odciąża kręgosłup. Jeśli obwodowe/siłowe, kupuj raczej bardziej płaskie, na wyginającej się, miękkiej podeszwie. Ale cóż, czasem ciężko stwierdzić, co się będzie robić i czy nie będzie połączonego treningu. W takim przypadku to nie ma znaczenia, jakie buty wybierzesz. Grunt, żeby Twój kręgosłup nie cierpiał, żeby było miękko i sprężyście. (Nie zapomnij wziąć też skarpetek!)
  3. RĘCZNIK – musisz mieć taki na siłownię i taki pod prysznic. Teoretycznie można brać dwa, ale ja polecam jeden takiej średniej wielkości. Tak, żeby można było rozłożyć go na maszynach, wycierać się nim podczas cardio i owinąć w drodze pod prysznic czy do sauny.
  4. WODA – na siłowni trzeba pić. To już wiemy. Ile? Na godzinę ćwiczeń cardio starcza 0,5 – 1 l wody. Na inne ćwiczenia polecam 0,5-0,7. Ja noszę zazwyczaj 0,5, ale jakoś szybko się kończy i trzeba lecieć do szatni po kolejną. Polecam więc więcej, tak na wszelki wypadek ;).
  5. ŻEL pod prysznic!
  6. UŚMIECH – wejdź z uśmiechem. Na siłowni są sami fajni ludzie!
  7. GUMKA DO WŁOSÓW. Serio. Przydaje się.

To co, Fitnesowiczu? Spakowany? Możemy ruszać?

Szatnia – przejście przez czyściec
Jak już odbierzemy kluczyk do szafki (albo, jak w Wilanowie, nabywamy własną kłódkę (yyy?)), udajemy się do szatni. Tam mówimy „DZIEŃ DOBRY”! Tak, tak. Witamy się. Wszyscy się witają i jest to po prostu normalne. A więc, żeby wszystkim było miło, mówimy to „dzień dobry”. Bo jest dobry, no nie? 🙂
Przebieramy się, ZMYWAMY MAKIJAŻ (ten na oczach, brwiach może zostać, jednak skóra twarzy ma oddychać, więc wara mi wchodzić na siłownię w podkładach, pudrach i innych takich!) i wychodzimy do sali ćwiczeń.

Szeroko ręce, spory rozkrok, nos zadarty pod sufit i wchodzimy…
Nie. To, co widzisz na zdjęciu, to najczęściej druga, głębsza warstwa siłowni. Zazwyczaj na pierwszym planie są maszyny do treningów cardio i obwodowych. Tu już nikomu nie mówimy „dzień dobry”. Chyba że poznamy już instruktorów… wtedy mówimy „cześć”. I tyle. Można ich zapytać o plan treningowy, który zawsze chętnie rozpisują. Można ćwiczyć samemu, poprosić Fitnesownię czy inną kumpelę-trenerkę ;). Najlepiej jednak na początku zważyć się na specjalnej wadze. Z pomocą instruktora, rzecz jasna. Potem instruktor wyjaśni, co z czym i do czego. Czy jest okej i można poprawić, czy jest źle i… można poprawić.
Przechodzimy do treningu. Tu mamy wiele możliwości, wariantów i udogodnień. Korzystajmy, ile się da! Poobserwujmy jednak też innych.

Kto siedzi na siłowni?
Pewnie myślisz, że mamy tu tylko facetów o wzorze „mały tyłeczek, z którego wyrasta taki trójkąt, jakiego ramiona tworzą umięśnione bary; kulka bez mózgu na czubku”. Nołp. To tak nie wygląda. Podzielmy sobie typy ludzi na siłce ;).

  • LICEALIŚCI – częściej płci żeńskiej. Podchodzą albo na serio, albo z psiapsiółą. Te drugie też raczej na serio. Ich celem częściej jest spalanie niż budowanie. Wspierają się wzajemnie z koleżankami. Skupiają się na ćwiczeniach.
  • CELEBRYTKI – „Przyszłam tu, żebyś popatrzył na moje sztuczne rzęsy i botoks w ustach. Patrz! Mogę nawet spacerować po bieżni, a nic mi z twarzy nie spłynie”. Sztuka wizażu – poziom 10 (tynk nie odpada). Sztuka ćwiczeń – trucht na bieżni może spowodować zacieki, więc lepiej unikać. Save Yourself płacze, gdy takie widzi.
  • OPTYMIŚCI – również raczej płci żeńskiej. Siłownia to miejsce magiczne. Założenie jest takie, że wystarczy przyjść, żeby być idealnym. Nie trzeba nic robić. Można w tym czasie potowarzyszyć w zmaganiach celebrytkom i pogadać głośno przez telefon. Ewentualnie wstawić selfie na Snapa, żeby wszyscy widzieli, że się było na siłowni. Mimo braku efektów, grupa bardzo zadowolona z siebie, raczej nie rezygnuje z dalszego chodzenia na siłownię.
  • NORMALNI LUDZIE – grupa najbardziej pożądana przez trenerów. Przychodzą raczej w pojedynkę i starają się o swoje lepsze „ja”. Do tej pory nikt nie rozgryzł, skąd u nich ta motywacja. Grunt, że jest. Siedzą z telefonami przy cardio, ale łączą trening z obwodowym lub siłowym. Starają się. Zdarza im się awansować na trenerów. Osobnicy płci męskiej wybierają jednak częściej zawody w bieganiu.
  • TRENERZY – najbardziej lepka grupa na siłowni. Podczas ćwiczeń wyglądają groźnie i trochę jakby cierpieli. Wydzielają najwięcej potu. Po ćwiczeniach uśmiechają się do wszystkich i nagle stają się milutcy. Normalni ludzie wyczuwają w nich trenerską duszę, dlatego pytają często o treningi i diety. Do trenerów-mężczyzn lgną też celebrytki.
  • EMERYCI – szanowani bywalcy. Czasem trzeba im coś ustawić, ale zawsze wynagrodzą taką pomoc uśmiechem. Są zazwyczaj życzliwi i czują się młodo dzięki ćwiczeniom. Podziwiani przez trenerów i normalnych ludzi.
  • STĘKACZE – „Nikt nie musi widzieć, że ustawiłem tylko 10 kg. Mają słyszeć”. Raczej mężczyźni. Napakowani lub otyli. Muszą pokazać wszystkim, że oni mają najcięższy sprzęt. Dlatego ich jęczenie, stękanie i sapanie słychać na całej siłowni. To wołania godowe mające na celu zwabienie jakiejś samicy, najlepiej celebrytki lub optymistki.
  • PODRYWACZE – w zasadzie przychodzą na siłownię tylko w jednym celu. Wyglądają jak z reklam Kleina i zdają sobie z tego sprawę. Może oni serio są z tych reklam? O.o Kiedy ćwiczą, muszą się upewnić, że wszystkie kobiety na nich patrzą. Kiedy nie patrzą, można się samemu pogapić na ćwiczące tyłki.
  • INTROWERTYCY – wchodzą z przerażeniem. Starają się nie przyciągać spojrzeń innych. Najgorzej, kiedy ktoś coś do nich powie. Pożądany kontakt ogranicza się do maszyn i mat. Lepiej się też samemu nie odzywać. Przecież można poczekać, zamiast pytać, kiedy ktoś kończy serię ;). Myślą, że ich nie widać, kiedy oni nikogo nie widzą. Są jednak dość charakterystyczni. A więcej o nich można poczytać u mojej podopiecznej – Introwertyczka. (Nie ma za co, Introwertyku xD).
  • PAKERZY – zjawiają się na siłowni najwcześniej i wychodzą najpóźniej. Siłownia to ich dom. Wyglądają imponująco. Co któreś ćwiczenie stają w rozkroku, zakładając ręce na biodra. W ten sposób udają, że patrolują, kontrolują całą salę. Potem wracają do poprzedniej czynności.

To tyle z moich obserwacji. Czy są ludzie otyli? Tak. Mieszczą się w różnych kategoriach. Najczęściej należą do „normalnych ludzi”. I dobrze. Jak widać, raczej nie ma tutaj samych pakerów ;). Dlatego nie ma się co bać!

Rozciąganie na koniec
Nie zapomnij o rozciąganiu! Polecam prysznic i saunę (a po saunie zimny prysznic) ;). No i po wyjściu jakiś koktajl. Mój ulubiony to banany z suszoną żurawiną i orzechami na jogurcie!

Gdzie trenuje Fitnesownia?
Fitnesownia trenuje w Calypso. Serdecznie polecam tę sieć. Jest wygodna i świetnie skonstruowana. Trenerzy są rewelacyjni ;). No i grafik zajęć jest naprawdę ciekawy i warty uwagi. Może spotkamy się w Calypso? Jak coś, z tymi kłódkami spotkałam się tylko w Wilanowie. W całej reszcie odwiedzanych przeze mnie siłowni są zwykłe kluczyki do szafek xD.

Fitnesowicze! Bawcie się dobrze na siłowni! 😀 To nic strasznego. Jest fajnie, miło i przyjemnie. Nawet dla introwertyków! 🙂

BLOGILATES, to znaczy „spełniaj swoje marzenia”

Blogilates0

Była Chodakowska, była Lewandowska, czyli najbardziej znane trenerki w Polsce. A co ze skalą światową? No właśnie. Kobiety i dziewczęta bardzo chętnie sięgają po instruktorki ze Stanów Zjednoczonych, o których jest głośno. Najczęściej jest to Mel B, Jillian Michaels… i właśnie ona – Blogilates. Dlaczego? Myślę, że artykuł o niej wiele wyjaśni :).

Projektantka
Cassey ma pochodzenie chińsko-wietnamskie. Urodziła się jednak w Stanach, w Los Angeles 16 stycznia 1987 roku. Od dziecka miała wielkie pasje, które chciała realizować. Jak sama przyznaje, miała w sobie niezwykłą motywację, aby dążyć do spełniania swoich marzeń. A pierwszym z nich było projektowanie ubrań. Zawsze uwielbiała projektować, wymyślać różne stroje, a spełnieniem jej najpiękniejszych snów byłoby tworzenie kolekcji na czerwony dywan. Przyjaciele zawsze jej powtarzali, że jest wielką artystką, co tylko motywowało ją do dążenia do sukcesu.

Przyszedł czas, kiedy w wieku szesnastu lat oznajmiła rodzicom, że chciałaby pójść ścieżką kariery projektantki. I tu spotkała się z olbrzymim rozczarowaniem – jej ojciec z wielkim smutkiem w oczach powiedział jej tak: „nie osiągniesz sukcesu, nie będziesz mieć przyjaciół i nie zarobisz żadnych pieniędzy; nawet nie myśl o tym”. To niezwykle zraniło dorastającą dziewczynę, złamało jej wielkie marzenia i spowodowało chęć poddania się. Jak sama Cassey wspomina, to „złamało jej duszę” i zaprzepaściło największe marzenie jej dotychczasowego życia.

Biologia i początki fitnessu
Dziewczyna, która już nie wiedziała, co robić, zaczęła studiować biologię, gdyż jej rodzice twierdzili, że powinna zostać lekarzem lub inżynierem. Tam zapełniała swoje zeszyty projektami i w końcu znalazła staż jako projektantka. Jak sama przyznaje, wtedy poczuła, że żyje. Kiedy była na ostatnim roku postanowiła rzucić chemię organiczną, postawić na swoim, ponieważ dotarło do niej, że nigdy nie potrzebowała tego w życiu, nigdy nie chciała tego robić i szkoła medyczna absolutnie nie jest dla niej. Napisała o tym swoim rodzicom, którzy okazali się być przerażeni tym faktem, w końcu ich córka wybrała coś, co nie jest „pewne”, wyszła przed szereg. Zadała sobie wreszcie bardzo ważne pytania, które prawdopodobnie wpłynęły znacząco na jej późniejsze wybory.

Bardzo dużo płakałam na pierwszych latach studiów. (…) Czy żyję dla siebie? Czy żyję dla swoich rodziców? Kim teraz jestem? Ciężko mi powiedzieć, jak bardzo bolesne to było, jak bardzo było to rozrywające.

Ho postanowiła przenieść się na wschodnie wybrzeże, żeby zamieszkać w Bostonie, gdzie założyła POP Pilates. Nie odzywała się więcej do rodziców i tak samo oni nie odzywali się do niej. Zaczęła budować swoją karierę i zagłębiała się w modę i jej tworzenie. Wtedy zaczęła trenować jogę, co podnosiło ją na duchu, kiedy miała naprawdę niską samoocenę. Po sześciu miesiącach jej pracy z jogą i pilates znalazła się w magazynie Shape. Zaczęła projektować rzeczy dla samej siebie i nagrywać treningi, w których nosiła swoje ubrania.

Nigdy, przenigdy nie rezygnuj z siebie
Cassey przekonała się o tym, że marzenia się spełniają, kiedy wkłada się w nie całe swoje serce. Zaczęła się bardziej skupiać na swojej pracy instruktorki. Jej historia wciąż uderza ją falą wielu emocji, ponieważ wie, że jest mnóstwo dziewczyn takich, jak ona, które słyszą od bliskich, że nie dadzą rady. I nie dają rady, bo wierzą w słowa rodziny i znajomych.

Ta historia wciąż czyni mnie roztrzęsioną, bo wiem, że istnieje i czuje się tak, jak ja, tak wiele dziewczyn lub też chłopców, którzy… wiesz, słyszysz od najbliższych przyjaciół, rodziców, rodziny, że nie dasz rady czegoś zrobić i nie dajesz! Bo nie wierzysz w siebie, nie wiesz, że ta wiara siedzi gdzieś w tobie. A ty musisz tylko iść naprzód po to i walczyć.

Ta wypowiedź pokazuje, jak prawdziwa jest Cassey, jak bardzo zależy jej na tym, aby inni mogli nauczyć się tego wszystkiego na jej przykładzie, nie powtarzając tej historii. Ta kobieta jest prawdziwym przykładem dla wielu na to, że trzeba się trzymać własnych pasji i spełniać swoje marzenia, wierzyć w siebie i tę wiarę budować.

Nie musisz dążyć do jakichś stereotypów. Potrzebujesz tylko tego, żeby być sobą, ok? Bo tylko ty możesz odkryć, kim jesteś i być sobą w stu procentach. Wtedy osiągniesz sukces.

POP Pilates i Blogilates
To największe przedsięwzięcia Cassey. Blogilates to jej blog i vlog, na którym umieszcza treningi, przepisy, porady, kalendarze ćwiczeń i zwykłe artykuły. POP Pilates to jej szkoła pilates, grupa wspaniałych instruktorów, większe treningi… No, wiele atrakcji dla zapaleńców fitness :). I co? Cassey została projektantką? Oczywiście, że tak! Projektuje odzież do treningów różnego rodzaju oraz inne akcesoria dla kobiet aktywnych. Sama uważa, że to spełnienie jej marzeń. Więc jak? Chyba warto iść do celu za swoimi pasjami, co? 😉

The „perfect” body
„The „perfect” body” to eksperyment, który zrobiła Cassey. To trenerka, która pokazuje, że nie trzeba mieć sześciopaka, żeby być wysportowanym, że naturalne jest najlepsze. Wstawiła zdjęcie całej siebie, a wśród komentarzy znalazła takie, jak „prawdziwy trener ma sześciopak i większe pośladki”, „nie masz piersi”, „jesteś tak gruba i nazywasz się trenerem?”. No, boli, nie? Po jakimś czasie wstawiła na fb kolejne zdjęcie po retuszu w photoshopie – większe piersi, chude uda, większy tyłek, wcięcie w talii… Podpisała je „wreszcie osiągnęłam cel” (czy jakoś tak). Wyobraź sobie, że znalazły się osoby, które w komentarzach napisały „wciąż za grubo”. Większość jednak gratulowała sukcesu. No cóż. Na tej podstawie Ho zrobiła film – „The „perfect” body”.

Treningi z Cassey
Oczywiście, polecam gorąco treningi z Blogilates. To energiczne, efektywne ćwiczenia, które wnoszą wiele radości. Sama trenerka jest bardzo ekspresyjna i potrafi świetnie zmotywować swoich widzów. Myślę, że Cassey jest przykładem na to, że trzeba realizować siebie i swoje marzenia, a nie podążać za utartymi schematami, nie sądzisz?

Tak więc wygląda Cassey Ho. Uważam, że jest wspaniałą motywacją dla wielu kobiet – należy brać z niej przykład i gratulować jej odwagi, bo żeby wybrać siebie w życiu, trzeba być odważnym. 🙂

Anna Lewandowska – karateka i nie tylko

Lewandowska

Kiedy pojawiła się u boku Roberta Lewandowskiego, wszyscy zastanawiali się, kim jest. Później, gdy już wszyscy omówili temat ich ślubu, a ona rozkręcała swoją własną karierę, ludzie zaczęli mówić, że żeruje na nazwisku. Teraz raczej ma więcej fanów niż hejterów, a jej treningi podbijają serca Polek… i Polaków :). Czy faktycznie jest rywalką Ewy Chodakowskiej i robi to wszystko dla kasy? A może jednak sport naprawdę jest jej stylem życia i robi to z pasji? Kim więc jest Ania Lewandowska?

Ania Stachurska
Tradycyjnie i nudno zaczynając – urodziła się 7 września 1988 roku w Łodzi. Gdy była jeszcze małą dziewczynką, rodzice zaprowadzili ją na zajęcia baletu. To jej się nie spodobało. Szybko wybrała karate (po zdobyciu złota przez jej kuzynkę), gdzie zaczęła osiągać sukcesy. W 2007 roku podczas seminarium integracyjnego poznała Roberta. Mieli treningi niedaleko siebie, więc często razem z nich wracali. Anna sama śmieje się, że kiedy Lewandowski powiedział jej, że jest piłkarzem, pomyślała „picuś-glancuś, egoista” i niechętnie dała mu swój numer.

LEWAiLEWY
Robert i karate
Stachurska i Lewandowski zostali parą. On szedł naprzód ze swoją karierą piłkarza, ona zdobywała medale w karate. Skończyła studia w warszawskiej AWF, zdobyła certyfikat TRX, Insanity oraz u Jillian Michaels (WOW!). Na swoim koncie ma 38 medali – Mistrzostw Polski, Europy i Świata oraz tytuł Mistrzyni Świata w kumite drużynowym. Od 2007 reprezentuje Polskę w karate tradycyjnym. Jest zawodniczką Karate Klub Pruszków, ma 2 DAN (czyli lepiej nie wchodzić tej pani w drogę).

Karate jest nie tylko sportem, lecz także sztuką walki i pewną ideą, nauką życiową. Uczy szacunku dla innych, pokory. Zaczynamy od ukłonu do przeciwnika, oznaki uznania i szacunku do tego, co robimy. Odpowiednio musimy traktować ubiór, czyli kimono. W określony sposób je wieszamy, zawsze musi być czyste, a my wyglądać schludnie. Pewne zasady przekładam na życie codzienne, jak choćby punktualność, mobilizację, dążenie do założonych sobie celów. Samo karate ma wiele odmian. Ja preferuję kumite, czyli walkę z przeciwnikiem.
Tak powiedziała Anna o karate.

Robert od czasu do czasu przychodził popatrzyć na swoją dziewczynę, kiedy trenowała, ale, jak sama Ania mówi, nie mógł przeboleć widoku łamania nosa swojej ukochanej. Ona też wpadała do niego, aby przyjrzeć się grze w piłkę nożną. Zdarzało się, że zawody mieli w tym samym czasie. Była sytuacja, kiedy Robert miał mecz Polska-Czechy, a Ania walczyła na Mistrzostwach Świata. Po meczu Lewy zadzwonił do swojej dziewczyny z pytaniem „jak poszło?”. Wówczas zdobyła brąz, a polska reprezentacja w piłce nożnej wygrała. To zdecydowanie para zwycięzców.

W 2013 roku wzięli ślub, o czym było niesamowicie głośno w mediach. W końcu to najsławniejszy polski piłkarz i jego tajemnicza (jeszcze wtedy) żona.

Blog i Healthy Team
Ania założyła blog Healthy Plan by Ann. Pojawiają się na nim wpisy dotyczące zdrowego stylu życia, treningów, wiele ciekawych porad trenerskich i dietetycznych. Trenerka przyznaje, że kiedyś nie potrafiła gotować. Kiedy po raz pierwszy miała przygotować obiad dla Roberta, szybko kupiła coś z baru mlecznego (przyznała się jemu po dwóch latach). Szybko jednak załapała, o co w tym chodzi i teraz wymyśla własne, zdrowe i ciekawe, przepisy, które również można znaleźć na HPBA.

Powstał także Healthy Team. Należą do niego zarówno specjaliści, jak też zwykli fani fitnessu. Jak to działa? Anna utworzyła Healthy Team z trenerów (Katrin Kargbo, Jakub Głąb, Henryk Pepliński, Edyta Litwiniuk, Artur Żółkiewicz), fizjoterapeuty (Damian Pawlik), specjalisty do spraw żywienia człowieka i suplementacji diety (Jacek Kucharski), specjalistki do spraw marketingu i organizacji wydarzeń (Aleksandra Dec) oraz dietetyka (Łukasz Sieńczewski). Pojawiało się jednak coraz więcej osób, które chciały trenować z Anią, szczególnie po wydaniu Karate cardio. Ludzie pytali ją o możliwość dołączenia do Healthy Teamu. Stąd też powstało wydarzenie na fb, zrzeszające całą „powszechną” część Healthy Teamu. Jak więc do tego dołączyć?

Jeśli cenisz nasze zasady zdrowego życia, lubisz ruch i pozytywne nastawienie do siebie i innych – jesteś w Healthy Teamie!
To cytat z bloga Ani – odpowiedź na tysiące pytań „co zrobić, żeby być w Healthy Teamie?”.

Karate cardio
Lewandowska nagrała kilka autorskich programów, w tym Karate cardio i Karate cardio military. To świetne treningi, dzięki którym można spalić zbędny tłuszczyk, a także wzmocnić mięśnie. To treningi cardio z użyciem siły, czyli miks tego, co najlepsze :). Gwarantowany sukces!

Lewalewalewa

Lewa na co dzień
Wszyscy, którzy ją poznali, twierdzą, że to najbardziej energiczna kobieta na świecie. Zawsze pełna optymizmu i z dobrym słowem dla innych. To widać już na jej blogu oraz fanpage’u. Świetnie motywuje, uczy innych, jak cieszyć się życiem. I o to właśnie chodzi, no nie?

Mieszka z mężem w Monachium, ale, jak sama przyznaje, ciągiem udaje jej się być w domu maksymalnie tydzień. Co chwilę lata do Polski, dwa razy do roku organizuje obozy dla Healthy Teamu, trenuje karate, prowadzi szkolenia i pojedyncze wielkie treningi. Co robi w wolnych chwilach? Czyta. Uwielbia czytać i się dokształcać. Nigdy nie ma dość.

Kiedy wyjeżdża dla relaksu, nie umie się oderwać od kolejnych projektów. Robert wyłącza komórkę, Internet i odpoczywa, a ona gdzieś po kryjomu zawsze dorwie się do swojej pracy.

Razem z mężem działa charytatywnie, zbierając pieniądze na chore i potrzebujące dzieci. Fundusze, które udaje jej się uzbierać na prowadzonych treningach, przeznacza właśnie na ten cel.

 

Teraz chyba możemy sobie odpowiedzieć na pytania ze wstępu. To na pewno bardzo pracowita kobieta, pełna uśmiechu, z ogromną pasją do sportu i absolutnie zakochana w swoim mężu. Nic dodać, nic ująć. Taka właśnie jest Anna. A to, że hejterzy i tak uznają, że wypromowała się na nazwisku Roberta, że robi to dla kasy, jest nic nie warte. Wiemy, jak sytuacja wygląda i tego się trzymajmy!

A teraz marsz po płytę Ani i na trening :D.