W oczach innych…

Miał być artykuł o czymś zupełnie innym, ale bywa i tak, że życie pisze lepszy plan kolejnego wpisu ;). W tej sprawie dłużej milczeć się nie da. Dlaczego? Już tłumaczę.

Takie modne bycie fit
Wiedziemy sobie spokojne życie, trenujemy przynajmniej 3 razy w tygodniu, staramy się dobrze odżywiać. Ludzie nas podziwiają. Mówią „Wow! Ale świetnie wyglądasz, też tak chcę”. Pod instagramowymi zdjęciami tyłka czy brzucha rośnie liczba serduszek. Niektórzy wolą hejtować, zamieszczając komentarze w stylu „chyba kasa ci z nieba spada, w głowie pusto, a cały dzień tylko zdjęcia i treningi. Nie masz chyba co z czasem robić. Niektórzy ciężko harują i nie mają czasu na takie bzdety”. Myślimy wtedy „ale jakoś na komentarz i scrollowanie w smartfonie jest czas”. Ćwiczenia wzmagają wydzielanie się w naszych organizmach dopaminy, więc też jesteśmy szczęśliwsi, bardziej optymistyczni…
…ale czy ktoś w ogóle wie, jak wygląda prawdziwe życie osoby, która trenuje, ale zachowuje umiar?

Małe pokusy życia codziennego
Dobra, jasne. Raczej nie sięgamy po batony, nie szukamy niezdrowych przekąsek. Jednak zdarza nam się wyjść na miasto z kumpelą, na randkę z ukochanym, pójść na czyjeś urodziny et cetera. Zdarza się więc również zjeść ciasto, pizzę czy lody. Nie mówię, że każdy z nas, ale że niektórzy, ci najbardziej „umiarkowani”. Temat niewygodny dla tych, co chcą błyszczeć w świetle tak zwanej „czystej michy” i zatuszować swoje grzeszki (o ile je popełniają). Co się jeszcze zdarza? A no tak, brak treningu. Szok, co? Tak, tak. Czasem ma się zwyczajnie dość, jest się naprawdę okropnie zmęczonym po pracy, studiach, zajmowaniu się domem, dzieckiem czy cokolwiek. Czasem jest się przeziębionym lub chorym. Czy to wszystko skreśla nas z listy bycia fit? Chyba nie bardzo. Zwyczajnie, jak wielu osobom w różnych dziedzinach, bywa, że się po prostu nie da. I tyle. To źle? Nie, to zrozumiałe, bo przecież kiedy możemy, wracamy do naszego zdrowego stylu życia.

W oczach innych
No i tu się dzieją cuda niewidy. W Internecie możemy sobie błyszczeć, być chwalonymi, być gwiazdami. Czerwone dywany same się rozwijają. Ale okazuje się, że w bliższych relacjach niekoniecznie tak bywa. Cenimy sobie szczerość, fajnie. Tylko że… co o tym wszystkim sądzić, kiedy stajemy między młotem a kowadłem? Już tłumaczę, o co chodzi. Jeden przyjaciel na zdjęcie z owocami zareaguje ukrytym hejtem „o jeny, ty serio jesteś taka fit, to jest nienormalne, ludzie tak nie robią”, drugi przyjaciel natomiast na informację o zjedzonym ciastku zrobi krzywą minę i oskarży o to, że w ogóle nie dbasz o swoją dietę, a mógłbyś wyglądać lepiej. I co wówczas myśleć? W oczach jednego jestem w takim razie szczupłym fit freakiem, w oczach drugiego wyglądam okej, ale nie wystarczająco. Robi się przykro? No raczej.

Samoakceptacja strzaskana?
Na szczęście mamy wytrenowane poślady i upadek tak nie boli (zazwyczaj). Obie osoby są dla nas bardzo ważne i ich opinia jest dość kluczowa. Nie ma co mówić o tym, że trzeba zbudować własną dobrą opinię o sobie i tego się trzymać, widzieć w lustrze tę osobę, którą sami jesteśmy – wartościową i piękną zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Po prostu czasem trzeba załamać ręce, żeby samemu do tego dojść, żeby własnymi małymi krokami spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć „i komu ja chcę coś udowodnić: sobie czy innym?”. Niby odpowiedź jest taka prosta, niby tak łatwo jest walczyć tylko dla siebie, ale gdy znów przychodzi taka sama sytuacja, przecież okazuje się, że osoby, które nam to mówią, są tak ważne… I znów dylemat, i znów ostre zderzenie z szybą. Konflikt między zbyt idealny a niewystarczająco idealny. Jasne, niektórzy chętnie pomyślą „z takimi ludźmi po prostu trzeba zerwać kontakt, nie są nas warci”. Ale to tak nie wygląda. Te osoby w każdym innym aspekcie nas wspierają i budują, zawsze są obok i są najlepsze na świecie. Serio tak bywa. Tylko ta jedna jedyna rzecz…

Kołcz radzi:
zostań sobą. Nie no, serio. Czasem trzeba wytłumaczyć tym osobom, co same na ten temat uważacie. A może niekiedy rozważyć to, co one mówią? Sprawdzić się w obu zarzuconych „skrajnościach”? Może któreś z nich ma rację? Może mówi to z troski? Tu nie ma jednego rozwiązania. Każda sytuacja jest inna. Ale dlaczego w ogóle o tym mówię? A dlatego, ponieważ mnie też to spotyka. Czasem machnie się ręką, a czasem to pali do żywego.
Powiem zupełnie szczerze – przy 163 centymetrach wzrostu mam wymiary 91-59-92. Nie czuję się z tym źle, wszystko jest cacy. Jasne, zdaję sobie sprawę z tego, że niektóre rzeczy mogłabym dopracować i wcale się nie poddaję, nie osiadam na laurach. Ciągnę te treningi, staram się trzymać też w miarę zbilansowaną dietę, jednak nie odmówię sobie raz na jakiś czas drobnego grzeszku. Dlaczego? Bo uważam, że nie trzeba być ortoreksyjnym w swoim dążeniu do celu (oczywiście nie mówię, że jeśli ktoś w ogóle wyzbywa się tych „grzeszków”, robi źle, absolutnie nie! Podziwiam i szanuję!). Nie trzeba wyglądać jak dana fit osoba z ig, jeśli się tego nie chce. Czasem można po prostu być sobą, coraz lepszą wersją siebie, na swój własny sposób.
Wszystko z umiarem, moje Fitnesiaki 😉
A dla tych, co lubią w ten sposób delikatnie hejtować – więcej wyrozumiałości! Nie każdy „fit-człowiek” jest taki sam.

Wasza SM ;*

SUKCES – jak naprawdę go osiągnąć?

Właśnie skończyłam naprawdę wymagający trening i usiadłam tutaj, przy Tobie, bo chcę Ci coś przekazać. Nie będę teraz nadawać o tym, jak masz wykonywać konkretne ćwiczenia, co masz jeść czy też jak wyglądać. Są sprawy ważniejsze.

SUKCES
Tak. Sukces zapisany wielkimi literami. Lubimy o nim mówić, stawiać sobie cele, osiągać. Jesteśmy pod tym względem bardzo podobni do Amerykanów. Dążymy. Cały czas. Byle naprzód. Byle pędzić. Byle zdobyć. Byle się rozwijać. Byle umieć. Byle-praca, byle-coaching, byle-kasa, byle-życie. A gdzie czas na oddech? I gdzie ten sukces? Ucieka? Dostał nóżek? Jest coraz dalej? Jak to się dzieje, co?

A co, jak już osiągniesz ten sukces? I czym on w ogóle jest?

Zadawałeś sobie kiedyś takie pytania? Nie? Może teraz powinieneś. Może należysz do tych, którzy ślepo dążą za hasłem, jakimś tabu, które w rzeczywistości nie istnieje? A może siedzisz w grupie, która przygląda się temu hasłu, ale nadal woli tylko siedzieć i się przyglądać? Która opcja jest lepsza?

Prawdziwy sukces
Co nim jest? Wykształcenie? Praca? Pieniądze? Nawet, jeśli tak Ci się wydaje, to uwierz mi – to tylko złudzenie. To wszystko może być pewnym celem, owszem. Jednak sukces jest wtedy, gdy potrafisz się do tego wszystkiego uśmiechnąć, podziękować sobie i innym za to, że znalazłeś się w tym, a nie innym miejscu. Sukces to też pewnego rodzaju umiejętność dostrzegania. Co Ci po „sukcesie”, w którym zostajesz szefem korporacji, ale popełniasz błędy poprzednika? Taki awans będzie sukcesem, kiedy spełnisz się w tej roli, czy tak?

Stawiaj kroki. Rozglądaj się. Oddychaj. I dziękuj. Nie tylko proś i zdobywaj. Dziękuj. I może zauważ, że sukcesem jest dostrzeganie i samo to dążenie, stawanie się lepszym. A nie konkretne osiągnięcie. Sukces (jakoś nie lubię tego słowa) to proces, a nie stała.

„Życie jest dla żywych, mój drogi. Nie zmieniaj tego. Zacznij żyć”. To prawdopodobnie słowa Johnny’ego Deppa. Grunt, że prawdziwe ;).

Słoiczek szczęścia
Jakiś czas temu powstała idea robienia słoiczków szczęścia. O co chodzi? Codziennie trzeba znaleźć jedną rzecz, która była szczęśliwa w ciągu danego dnia, wypisać ją na karteczce i wrzucić do swojego słoiczka. Otwiera się go po roku i czyta te wszystkie „małe szczęścia”.

Prawdziwym celem nie jest czytanie tego, zbieranie samo w sobie, dążenie. Tak naprawdę uczymy się w ten sposób radości, zaczynamy się cieszyć z małych rzeczy. Znajdujemy w życiu te nasze „małe szczęścia” już odruchowo, tworząc naprawdę szczęśliwe życie, wprowadzając radość w życie innych. Optymizm jest fajny! Pozwól mu się odnaleźć ;).

Dąż i zmieniaj się. Bo czemu nie? 😀

Nie bój się!
Bo po co? O tylu rzeczach mówisz, że są bez sensu, a tak naprawdę sam robisz wiele rzeczy bez sensu. Wydaje Ci się, że jak o coś zapytasz, to wyjdziesz na idiotę, że gdy powiesz coś otwarcie, wezmą Cię za głupca, że gdy wystąpisz publicznie, wyśmieją cię… Jeszcze raz – po co? Pomyśl o tej drugiej stronie. Jak byś Ty zareagował, gdyby to, co Ty chcesz zrobić, zrobił ktoś inny. Wytknąłbyś palcem? Zwyzywałbyś? Wyśmiał? Pomyśl o tym. Oceniaj się z zewnątrz, obiektywnie. Bo te wszystkie hejty, które zamieniają się w kompleksy, w większości powodujesz sam.

Nie hejtuj się. Kochaj. Nie bój się. Wyjdź z ukrycia!

Dobro wraca. Zło też.

„Generalnie (…) wyznaję zasadę, że to, co dajesz innym, prędzej czy później do ciebie wróci. Jeżeli człowiek podstawi komuś nogę, to po jakimś czasie zły uczynek zemści się na nim w ten czy inny sposób. I odwrotnie: dobry uczynek procentuje. Tego uczę swoje dzieci: jeśli zrobisz coś dobrego, to będzie dobrze. Jeśli zrobisz coś złego, to będzie źle”.
Teraz to już na pewno Depp ;).

Jest taka fajna zasada – nie rób drugiemu, co Tobie niemiłe. Absolutna prawda. A wiesz, jaką frajdę sprawia czynienie dobra? Otóż powiem Ci jedno – pomagaj bezinteresownie. Serio. Gdy ktoś prosi Cię o pomoc, po prostu pomóż. Kiedy ktoś coś upuści, podnieś. Gdy ktoś marznie, okryj go. Gdy potrzebuje wsparcia, wesprzyj. To nie jest trudne, serio. Ale z lenistwa często tego nie robimy. Przechodzimy obok, odwracając spojrzenie.

Gwarantuję Ci, że jeśli chodzi o prawdziwe dobro, to otrzymasz go tyle samo, ile dałeś. Może więc warto się tym zająć, co?

Krytyka
Dlaczego bez przerwy się oceniasz? Dlaczego starasz się być KIMŚ? Bądź najlepszą wersją siebie, a nie kimś innym. Zdjęcie powyżej ma być metaforą sztucznych poprawek, gdyby ktoś chciał się przyczepić. Nie zmieniaj się w wyidealizowanego kogoś, skoro nim nie jesteś. Dąż. Stawiaj sobie cele. Ale też żyj. I kochaj się. Akceptuj! Myślisz, że umiesz prawdziwie i bezinteresownie, w pełni kochać kogoś, kiedy sam siebie nie kochasz? Myślisz, ze potrafisz akceptować w całej okazałości drugą osobę, skoro samego siebie nie akceptujesz? Mylisz się!

To, co odczuwasz, to podziw i zauroczenie. Więc otwórz oczy, przejrzyj wreszcie! Widzisz? Widzisz tę osobę w lustrze? To Ty! Nikt inny! Masz jedno ciało. Jedno życie. Skorzystaj z tego. Zadbaj o to! Bądź sobą, nikim więcej. Jesteś człowiekiem, a nie maszyną do robienia ideału. Spójrz sobie w oczy. I dostrzeż wreszcie, że jest tam ktoś, kto Cię potrzebuje. Że jest tam prawdziwa osoba, która pragnie Twojej uwagi, Twojej miłości. Żal Ci innych? Spójrz najpierw na siebie. Zacznij od siebie.

Droga
Tu nie wklejam grafiki. Takowa jest na początku artykułu, jeśli potrzebujesz wizualizacji. Chciałam Ci tylko powiedzieć, że idziesz jedną drogą, którą sam sobie tworzysz. Dąż. Kochaj. Bądź. I idź. Tyle Ci dziś przekazuję. Żebyś był. Żebyś kochał. Żebyś dążył i dostrzegał. Mierz swój sukces drogą, po której stąpasz, nie opinią z pobocznych ścieżek. I stawiaj pewne kroki. Patrz sobie w oczy. I pamiętaj, co jest w życiu naprawdę ważne.

Oddychaj. I żyj.

BLOGILATES, to znaczy „spełniaj swoje marzenia”

Blogilates0

Była Chodakowska, była Lewandowska, czyli najbardziej znane trenerki w Polsce. A co ze skalą światową? No właśnie. Kobiety i dziewczęta bardzo chętnie sięgają po instruktorki ze Stanów Zjednoczonych, o których jest głośno. Najczęściej jest to Mel B, Jillian Michaels… i właśnie ona – Blogilates. Dlaczego? Myślę, że artykuł o niej wiele wyjaśni :).

Projektantka
Cassey ma pochodzenie chińsko-wietnamskie. Urodziła się jednak w Stanach, w Los Angeles 16 stycznia 1987 roku. Od dziecka miała wielkie pasje, które chciała realizować. Jak sama przyznaje, miała w sobie niezwykłą motywację, aby dążyć do spełniania swoich marzeń. A pierwszym z nich było projektowanie ubrań. Zawsze uwielbiała projektować, wymyślać różne stroje, a spełnieniem jej najpiękniejszych snów byłoby tworzenie kolekcji na czerwony dywan. Przyjaciele zawsze jej powtarzali, że jest wielką artystką, co tylko motywowało ją do dążenia do sukcesu.

Przyszedł czas, kiedy w wieku szesnastu lat oznajmiła rodzicom, że chciałaby pójść ścieżką kariery projektantki. I tu spotkała się z olbrzymim rozczarowaniem – jej ojciec z wielkim smutkiem w oczach powiedział jej tak: „nie osiągniesz sukcesu, nie będziesz mieć przyjaciół i nie zarobisz żadnych pieniędzy; nawet nie myśl o tym”. To niezwykle zraniło dorastającą dziewczynę, złamało jej wielkie marzenia i spowodowało chęć poddania się. Jak sama Cassey wspomina, to „złamało jej duszę” i zaprzepaściło największe marzenie jej dotychczasowego życia.

Biologia i początki fitnessu
Dziewczyna, która już nie wiedziała, co robić, zaczęła studiować biologię, gdyż jej rodzice twierdzili, że powinna zostać lekarzem lub inżynierem. Tam zapełniała swoje zeszyty projektami i w końcu znalazła staż jako projektantka. Jak sama przyznaje, wtedy poczuła, że żyje. Kiedy była na ostatnim roku postanowiła rzucić chemię organiczną, postawić na swoim, ponieważ dotarło do niej, że nigdy nie potrzebowała tego w życiu, nigdy nie chciała tego robić i szkoła medyczna absolutnie nie jest dla niej. Napisała o tym swoim rodzicom, którzy okazali się być przerażeni tym faktem, w końcu ich córka wybrała coś, co nie jest „pewne”, wyszła przed szereg. Zadała sobie wreszcie bardzo ważne pytania, które prawdopodobnie wpłynęły znacząco na jej późniejsze wybory.

Bardzo dużo płakałam na pierwszych latach studiów. (…) Czy żyję dla siebie? Czy żyję dla swoich rodziców? Kim teraz jestem? Ciężko mi powiedzieć, jak bardzo bolesne to było, jak bardzo było to rozrywające.

Ho postanowiła przenieść się na wschodnie wybrzeże, żeby zamieszkać w Bostonie, gdzie założyła POP Pilates. Nie odzywała się więcej do rodziców i tak samo oni nie odzywali się do niej. Zaczęła budować swoją karierę i zagłębiała się w modę i jej tworzenie. Wtedy zaczęła trenować jogę, co podnosiło ją na duchu, kiedy miała naprawdę niską samoocenę. Po sześciu miesiącach jej pracy z jogą i pilates znalazła się w magazynie Shape. Zaczęła projektować rzeczy dla samej siebie i nagrywać treningi, w których nosiła swoje ubrania.

Nigdy, przenigdy nie rezygnuj z siebie
Cassey przekonała się o tym, że marzenia się spełniają, kiedy wkłada się w nie całe swoje serce. Zaczęła się bardziej skupiać na swojej pracy instruktorki. Jej historia wciąż uderza ją falą wielu emocji, ponieważ wie, że jest mnóstwo dziewczyn takich, jak ona, które słyszą od bliskich, że nie dadzą rady. I nie dają rady, bo wierzą w słowa rodziny i znajomych.

Ta historia wciąż czyni mnie roztrzęsioną, bo wiem, że istnieje i czuje się tak, jak ja, tak wiele dziewczyn lub też chłopców, którzy… wiesz, słyszysz od najbliższych przyjaciół, rodziców, rodziny, że nie dasz rady czegoś zrobić i nie dajesz! Bo nie wierzysz w siebie, nie wiesz, że ta wiara siedzi gdzieś w tobie. A ty musisz tylko iść naprzód po to i walczyć.

Ta wypowiedź pokazuje, jak prawdziwa jest Cassey, jak bardzo zależy jej na tym, aby inni mogli nauczyć się tego wszystkiego na jej przykładzie, nie powtarzając tej historii. Ta kobieta jest prawdziwym przykładem dla wielu na to, że trzeba się trzymać własnych pasji i spełniać swoje marzenia, wierzyć w siebie i tę wiarę budować.

Nie musisz dążyć do jakichś stereotypów. Potrzebujesz tylko tego, żeby być sobą, ok? Bo tylko ty możesz odkryć, kim jesteś i być sobą w stu procentach. Wtedy osiągniesz sukces.

POP Pilates i Blogilates
To największe przedsięwzięcia Cassey. Blogilates to jej blog i vlog, na którym umieszcza treningi, przepisy, porady, kalendarze ćwiczeń i zwykłe artykuły. POP Pilates to jej szkoła pilates, grupa wspaniałych instruktorów, większe treningi… No, wiele atrakcji dla zapaleńców fitness :). I co? Cassey została projektantką? Oczywiście, że tak! Projektuje odzież do treningów różnego rodzaju oraz inne akcesoria dla kobiet aktywnych. Sama uważa, że to spełnienie jej marzeń. Więc jak? Chyba warto iść do celu za swoimi pasjami, co? 😉

The „perfect” body
„The „perfect” body” to eksperyment, który zrobiła Cassey. To trenerka, która pokazuje, że nie trzeba mieć sześciopaka, żeby być wysportowanym, że naturalne jest najlepsze. Wstawiła zdjęcie całej siebie, a wśród komentarzy znalazła takie, jak „prawdziwy trener ma sześciopak i większe pośladki”, „nie masz piersi”, „jesteś tak gruba i nazywasz się trenerem?”. No, boli, nie? Po jakimś czasie wstawiła na fb kolejne zdjęcie po retuszu w photoshopie – większe piersi, chude uda, większy tyłek, wcięcie w talii… Podpisała je „wreszcie osiągnęłam cel” (czy jakoś tak). Wyobraź sobie, że znalazły się osoby, które w komentarzach napisały „wciąż za grubo”. Większość jednak gratulowała sukcesu. No cóż. Na tej podstawie Ho zrobiła film – „The „perfect” body”.

Treningi z Cassey
Oczywiście, polecam gorąco treningi z Blogilates. To energiczne, efektywne ćwiczenia, które wnoszą wiele radości. Sama trenerka jest bardzo ekspresyjna i potrafi świetnie zmotywować swoich widzów. Myślę, że Cassey jest przykładem na to, że trzeba realizować siebie i swoje marzenia, a nie podążać za utartymi schematami, nie sądzisz?

Tak więc wygląda Cassey Ho. Uważam, że jest wspaniałą motywacją dla wielu kobiet – należy brać z niej przykład i gratulować jej odwagi, bo żeby wybrać siebie w życiu, trzeba być odważnym. 🙂